Dzień dobry, nazywam się Marcin Lis i zapraszam do wysłuchania kolejnego odcinka podcastu What the Fox Says.
Na wstępie muszę jednak przeprosić.
Przed świętami planowany był jeszcze jeden odcinek.
Niestety ze względu na chorobę dzieci i mini szpital w domu nie udało mi się nagrać, stąd taka duża przerwa.
A teraz do rzeczy.
W dzisiejszym odcinku będzie kilka ciekawostek oraz kilka tematów mniej lub bardziej blisko związanych z AI.
IBM został oficjalnie uznany przez europejskich regulatorów za kluczowego dostawcę usług ICT dla sektora finansowego w ramach unijnego rozporządzenia DORA.
Podkreśla to jego centralną rolę w zapewnianiu odporności cyfrowej dla instytucji finansowych w Europie.
Decyzja ta oznacza też objęcie IBM bezpośrednim nadzorem europejskich organów i wzmacnia pozycję firmy jako zaufanego partnera banków, ubezpieczycieli i innych podmiotów finansowych.
Żeby nie było niejasności, o czym tutaj mówimy, usługi ICT, czyli Information and Communication Technology, to usługi cyfrowe i usługi w zakresie danych, które są świadczone w sposób ciągły za pośrednictwem systemów informatycznych na rzecz co najmniej jednego użytkownika, czy to wewnętrznego, czy zewnętrznego.
Obejmują one szeroki zakres działań, bo takie działania jak przetwarzanie, przechowywanie, zarządzanie, analiza danych, ale też wsparcie techniczne, rozwiązania chmurowe czy cyberbezpieczeństwo, a także usługi związane z infrastrukturą fizyczną, czyli serwery, oprogramowanie i urządzenia sieciowe.
Rozporządzenie DORA, czyli Digital Operational Resilience Act, to rozporządzenie Unii Europejskiej, którego celem jest zapewnienie, aby instytucje finansowe i ich kluczowi dostawcy technologii byli w stanie szybko odzyskać sprawność po zakłóceniach technologicznych, takich jak incydenty cyberbezpieczeństwa czy awarie technologiczne.
Regulacja ta ma ograniczyć ryzyko systemowe i chronić zaufanie do stabilności oraz bezpieczeństwa cyfrowych usług finansowych w całej Unii Europejskiej.
Co oznacza, że Europejskie Urzędy Nadzoru wyznaczyły IBM jako krytycznego dostawcę usług?
Po pierwsze, firma zostaje objęta unijnym systemem nadzoru nad podmiotami o kluczowym znaczeniu dla infrastruktury finansowej, co w praktyce oznacza bliższą współpracę z nadzorcami w zakresie czy to spełniania wymogów o odporności operacyjnej, czy też przejrzystości działań, usług.
A dla klientów sektora finansowego oznacza to potwierdzenie długoletniego zaangażowania firmy w obszarze odporności operacyjnej i zgodności regulacyjnej.
IBM zapowiada udostępnianie wytycznych i zasobów, które mają pomagać bankom, ubezpieczycielom oraz innym instytucjom finansowych w spełnianiu własnych obowiązków wynikających z DORA przy jednoczesnym utrzymaniu innowacyjności i konkuracyjności.
IBM podkreśla, że już przed wejściem DORA w życie wprowadził szerokie działania w swoich jednostkach i technologicznych, i usługowych, aby dostosować się zarówno do wymogów stawianych dostawcy, jak i do potrzeb swoich klientów.
Firma deklaruje też ciągłe wzmacnianie globalnych technologii i mechanizmów cyberbezpieczeństwa, a także ładu korporacyjnego, aby spełnić najwyższe wymagania bezpieczeństwa i odporności operacyjnej.
Jak IBM chce to uzyskać?
IBM wskazuje trzy główne priorytety.
Po pierwsze, współpracę z regulatorami.
po drugie wsparcie instytucji finansowych we wdrażaniu wymogów DORA i po trzecie dalsze inwestycje w odporność.
Firma chce wykorzystać swoje doświadczenie w zarządzaniu ryzykiem, cyberbezpieczeństwem oraz regulacjach, aby pomagać klientom sprawnie odnajdywać się w zmieniających się wymaganiach prawnych i technologicznych na rynku.
Jakie to mogą być wymagania?
Według DORA instytucje finansowe będące na rynku i działające na rynku unijnym mają obowiązki takie jak identyfikacja usług ICT, czyli przeprowadzenie oceny czy audytu, które usługi zewnętrzne spełniają definicję usług ICT według rozporządzenia i czy wspierają one funkcje krytyczne lub istotne.
Mają też obowiązek rejestrowania umów, czyli prowadzenie rejestru wszelkich umów z dostawcami usługa ICT wraz z oceną ryzyka związanego z każdą taką relacją.
Kolejnym obowiązkiem jest zarządzanie ryzykiem, czyli ustanowienie i wdrożenie procesu zarządzania ryzykiem.
Mamy tutaj tak naprawdę różne polityki, procedury, role, scenariusze awarii i procesy te mają obowiązywać także dostawców zewnętrznych.
Kolejnym obowiązkiem jest obowiązek zawierania umów z dostawcami ICT, które jasno i wyraźnie regulują m.in. takie rzeczy jak poziom dostępności, bezpieczeństwo, ochronę danych, prawo do audytu poddostawców, warunki zakończenia współpracy.
Kolejnym obowiązkiem jest też zarządzanie incydentami, czyli obowiązek posiadania procedur zgłaszania, klasyfikowania, raportowania incydentów oraz włączania w nie usług dostawców ICT.
To były obowiązki ciążące na instytucjach finansowych.
A jakie obowiązki leżą na IBM i na pozostałych dostawcach usług ICT według DORA?
Po pierwsze zapewnienie ciągłości usług, czyli konieczność takiego zaprojektowania usługi i utrzymywania jej, aby mogły działać również w sytuacjach kryzysowych, w czasie zakłóceń, ataków i tym podobne.
Po drugie wysokie standardy bezpieczeństwa.
Mamy tutaj takie rzeczy jak zakres cyberbezpieczeństwa, wdrażanie środków ochrony danych, regularne testy i audyty bezpieczeństwa, w tym nawet umożliwienie testów penetracyjnych, jeżeli jest to wymagane.
No i kolejnym rzeczą jest współpraca z nadzorem i klientami, czyli właśnie gotowość do wykonywania audytów, do bycia audytowanym, obowiązek informowania klientów o istotnych incydentach, przekazywania informacji potrzebnych do oceny ryzyka, czyli tak naprawdę bez współpracy z dostawcami.
Instytucje finansowe miałyby problem z upełnieniem swoich obowiązków i odwrotnie, stąd właśnie wymagana jest taka bliska, ścisła współpraca.
Dla IBM, tak jak już wspominałem, jest to potwierdzenie tego, że jest firmą będącą na rynku długo, mającą odpowiednie doświadczenia, odpowiednie umiejętności i technologiczne, i ludzkie.
Jestem pewien, że IBM wykorzysta to dobrze marketingowo.
Kolejny temat jest prawdziwie kosmiczny.
Chciałbym tutaj powiedzieć o startupie Overview Energy, który oficjalnie wszedł na rynek pod koniec zeszłego roku, ogłaszając ambitny plan transmisji energii słonecznej z orbitalnych satelitów bezpośrednio na istniejące farmy słoneczne na Ziemi.
Dlaczego mówię oficjalnie?
Dlatego, że tak naprawdę firma została stworzona w 2022 roku.
Do tej pory pozyskała 20 milionów dolarów od różnych inwestorów zajmujących się technologią i czystą energią.
A co w tym jest ciekawego?
W tym, że Overview Energy, w przeciwieństwie do konkurencji, postanowił wybrać inną technologię przesłania energii.
Zamiast stosować mikrofale, tak jak np. Nordman, Gurman, Overview Energy ma zamiar wykorzystywać niskoenergetyczne lasery bliskiego zakresu podczerwieni, dzięki czemu...
Sygnały te, czyli tak naprawdę energia wysyłana przez te lasery, będzie mogła być odbierana przez standardowe panele słoneczne znajdujące się już na Ziemi.
Czy to będzie działać?
No, powinno.
Tak naprawdę długość fal wybranych przez Overview Energy to jest coś, co już znamy, co jest wykorzystywane w świeciach siotłowodowych, systemach bezpieczeństwa czy w medycynie.
W październiku 2025 roku samolot twarowy przesłał energię za pomocą lasera na odbiornik naziemny na odległość 5 km w ramach testu.
Jakie są za to ryzyka?
No cóż, po pierwsze mamy problem taki, że lasery działające w zakresie podczerwieni mają te same problemy, co zwykłe światło słoneczne, czyli przeszkadzają im chmury, wilgoć atmosfery, bo cząsteczki wody mogą posłonić znaczną część energii, w przeciwieństwie do systemów mikrofalowych, które są odporne na warunki pogodowe,
ale wymagają budowy dedykowanych stacji odbiorczych.
W przypadku Podczerwieni mamy duże ułatwienie, bo można wykorzystać istniejące farmy solarne.
Jaki jest plan?
No cóż, plan jest dość ambitny.
Firma planuje wystrzelić na niską orbitę Ziemi satelitę w 2028 roku, tak, żeby osiągnął on wysokość około 36 tysięcy kilometrów, czyli orbity geostacjonarnej w 2030 roku.
Stamtąd będzie możliwe transmitowanie energii.
Planowane jest to w skali megawatów.
Ale tak jak mówiłem, na rynku jest też konkurencja, która wykorzystuje mikrofale i nie tylko mikrofale.
Norton Grumman, czyli amerykański gigant obronny, otrzymał 100 milionów dolarów od Air Force Research Laboratory na swój projekt, który właśnie ma zapewnić możliwość przesyłania energii z kosmosu na Ziemię.
Etherflux jest firma, która rozwija system laserowy bardzo zbliżony w założeniach do tego proponowanego przez Overview.
Są też inne firmy rozwijające system transmisji mikrofalowych, np. Emrod, Virtual Solis, Orbital Composites.
Więc nie jest to tak, że jest to jedyny startup, ale ma całkiem ładną listę inwestorów, otrzymał dużo pieniędzy, więc ludzie w to wierzą.
Dlaczego?
Z prostego powodu.
Wykorzystanie energii słonecznej prosto z kosmosu, gdzie nic nie zasłania paneli i możliwość przesłania jej na Ziemię, może być dużo bardziej wydajne i docelowo tańsze niż instalowanie panelów fotowotaicznych bezpośrednio na Ziemi.
Patrząc na to, jakie w tym momencie są koszty wysłania czegoś na orbitę, zbudowania satelit,
to ma to całkiem niezłe perspektywy rynkowe.
Jednakże ryzykiem jest kwestia po pierwsze obniżających się cen akumulatorów, które mogą przechowywać energię, a to wpłynie też na to, czy przesłanie energii z kosmosu, które może być dostępne 24 godziny na dobę, będzie nadal tak opłacalne.
Po drugie ryzykiem jest też rozwój, a tak naprawdę powstanie na szerszą skalę małych reaktorów atomowych, czyli SMR.
Co z tego wyjdzie?
Okaże się za kilka lat, jednakże jest to dość ciekawy projekt energetyczny.
A teraz przejdźmy do tematów pośrednio lub bezpośrednio związanych z AI, tak jak zapowiadałem na początku.
Po pierwsze, taka informacja.
New York Times pozwał Perplexity AI za naruszenie praw autorskich, zarzucając masowe kopiowanie płatnych treści dziennika i wykorzystanie ich w komercyjnych produktach Perplexity bez zgody i bez wynagrodzenia dla wydawcy.
Pozew został złożony w sądzie w Nowym Jorku i opisuje on dwa kluczowe obszary tych rzekomych naruszeń.
Po pierwsze to jest nieautoryzowane pozyskiwanie treści z serwisów New York Times, w tym za Paywalla oraz po drugie sposób ich bez późniejszego wykorzystania w produktach w Perplexity.
Zgodnie z tym pozwem
Odpowiedzi generowane przez wyszukiwarkę i chatboty Perplexity mają być dosłownymi lub niemal dosłownymi reprodukcjami artykułów,
lub streszczeniami lub skrótami materiałów objętych prawem autorskim należącym do New York Times.
Dodatkowo zarzucane też jest, że system Perplexity halucynuje, jak to mają często w zwyczaju modele AI, co według New York Times ma szkodzić marce i wiarygodności reakcji.
Gazeta twierdzi też, że Perplexity kradnie treści za paywalla i dostarcza je swoim użytkownikom w czasie rzeczywistym, mimo tego, że te treści powinny być dostępne wyłącznie dla subskrybentów New York Times, płacących subskrypcję dla New York Times, a nie dla Perplexity.
Co ciekawe, nie jest to jedyny pozew przeciwko Perplexity.
W ostatnich miesiącach zeszłego roku podobne skargi złożyły m.in. Chicago Tribune, News Corp, czyli wydawca Wall Street Journal i New York Post, ale też Encyklopedia Britannica, japońskie Nikkei, a nawet Reddit.
Dodatkowo media takie jak The Wired czy Forbes oskarżają Perplexity nie tylko o naruszenie praw autorskich,
ale także o plagiat i ignorowanie zakazów kraulowania treści, które zostały potwierdzone przez Cloudflare.
Czy to dotyczy tylko Perplexity?
Oczywiście nie, aczkolwiek nie wszyscy wydawcy i nie wszyscy dostawcy usług AI idą od razu do sądu.
Na przykład sam New York Times zawarł wieloletnią umowę z Amazonem na wykorzystanie swoich treści
do trenowania modeli AI przez Amazon.
Inne redakcje, takie jak Associated Press, Axel Springel, Vox Media podpisały licencje na płatne wykorzystanie treści np. z OpenAI
New York Times notabene pozbywa nie tylko Perplexity, bo już wcześniej pozwał też OpenAI i Microsoft, zarzucając im bardzo podobne rzeczy, czyli trenowanie ich modeli na milionach artykułów New York Times bez wynagrodzenia.
Generalnie na rynku jest taki problem, że wydawcy widzą, że dostawcy usług AI uczą się na ich treściach, ale na tym nie zarabiają.
Dlatego pozwy mają być formą nacisku.
które mają zmusić firmy AI do licencjonowania treści i do stworzenia takiego modelu biznesowego, w którym twórcy treści będą otrzymać wynagrodzenie za wykorzystywanie ich pracy do uczenia różnych modeli AI.
Na przykład Times w swoim pozwie domaga się zarówno odszkodowania za wyrządzone szkody,
jak i sądowego zakazu dalszego używania jego treści bez zgody wydawcy.
Co ciekawe, Perplexity próbuje budować wizerunek partnera mediów.
Na przykład uruchomili taki program, który nazywa się Publishers Program i jest to program podziału przychodów z wydawcami.
W programie tym biorą udział takie tytuły jak Gannet, Time, Fortune czy Los Angeles Times i w ramach tego programu 80% miesięcznej opłaty ma trafiać do uczestniczących redakcji.
Tak naprawdę dla całej branży wydawnicznej
Najważniejszym pytaniem jest, czy generatywne AI może przetwarzać i parafrazować bez żadnej licencji treści dziennikarskie, które są dostępne czy to za darmo, czy odpłatnie, skoro wielu użytkowników chatbotów
Ogranicza się tylko i wyłącznie do odpowiedzi tych czatbotów i nie czyta bezpośrednio artykułów, więc według wydawców bez nowych modeli podziału przychodów.
Masowe wykorzystywanie ich treści przez sztuczną inteligencję prowadzi do tego, że dziennikarstwo przestaje być opłacalne,
Co jednocześnie, jeżeli wydawcy przestaliby produkować nowe treści, spowodowałoby też problem dla dostawców AI.
Więc w tym momencie wszyscy na rynku próbują znaleźć jakiś rozsądny kompromis pomiędzy ochroną praw autorskich, a udziałem w tym nowym ekosystemie usług AI.
I wiele wydawnictw czeka na
wyrok w tej sprawie, ponieważ może to być precedens, który na długo określi sposób, w jaki modele sztucznej inteligencji mogą korzystać z cudzych treści bez wyraźnej zgody wydawców, a być może się okaże, że nie mogą.
Kolejny temat ze świata AI dotyczy firmy OpenAI, a tak naprawdę dwóch firm, OpenAI i Adobe.
Ogłosiły one integrację, która daje wszystkim użytkownikom aplikacji ChatGPT dostęp do trzech flagowych narzędzi Adobe, czyli Photoshop, Adobe Express i Adobe Acrobat.
I to co najciekawsze, całkowicie bezpłatnie.
Integracja ta pozwala użytkownikom na wykonywanie zadań edycji, czy to plików PDF, czy grafik, czy obrazków, wewnątrz ChatGTP za pomocą naturalnych poleceń tekstowych.
Czyli wewnątrz interfejsu ChataGPT można wykorzystać narzędzia Adobe,
do rzeczy takich jak edytowania części obrazów, rozmywania tła, dostosowania jasności, kontrastu, ekspozycji, czy do dodawania różnych efektów.
Dodatkowo w przypadku plików PDF, ChatGPT może teraz łączyć pliki, edytować je, wyodrębniać tekst z plików PDF, tworzyć, usuwać, edytować tabele i wykonywać wiele innych operacji związanych z zarządzaniem dokumentami.
A, jedna uwaga.
Funkcjonalność ta nie jest dostępna wewnątrz Unii Europejskiej ze względu na unijne przepisy.
Jedną z kluczowych zalet takiego rozwiązania jest to, że nie musimy się przełączać pomiędzy różnymi aplikacjami.
Użytkownicy mogą wykonywać wszystkie zadania edycji bezpośrednio wewnątrz chat GDP bez konieczności posiadania płatnych subskrypcji do Adobe.
Wystarczy im darmowe konto Adobe, żeby rozpocząć korzystanie z tych narzędzi.
Ta integracja jest częścią szerszej strategii firmy Adobe, mającej na celu rozpropagowanie zaawansowanych narzędzi AI wśród swoich użytkowników, ale też wśród użytkowników chat GPT.
Dodatkowo Adobe w tym momencie testuje możliwość szerszej współpracy z OpenAI, pracując nad integracją takich zaawansowanych narzędzi jak OpenAI Sora do edycji wideo w aplikacji Premiere Pro, więc może to być z korzyścią dla obydwu firm.
A teraz troszkę mniej przyjemny temat.
Okazuje się, że firma Meta, czyli właściciel Facebooka, Instagrama i Whatsappa, stworzyła swój wewnętrzny podręcznik postępowania, który miał pomóc firmie w odpieraniu nacisków regulatorów, czyli tak naprawdę przeciwdziałaniu zwalczania oszustów reklamowych na Facebooku i Instagramie.
Przynajmniej tak wynika z dokumentów przedstawionych przez agencję Reuters.
Według tych informacji Meta priorytetowo traktowała ochronę swoich miliardowych przychodów z reklam, nawet w momencie, kiedy rosła skala szkód ponoszonych przez użytkowników.
Według Reuters Meta opracowała strategię sprawiającą, że
Oszukańcze reklamy stawały się nie do znalezienia dla urzędników, dla dziennikarzy czy też organizacji konsumenckich, które korzystały z publicznej biblioteki reklam Ad Library.
Zespoły firmy Meta miały identyfikować najczęściej używane przez regulatorów słowa kluczowe i nazwiska celebrytów, a potem masowo usuwać z wyników wyszukiwania reklamy rozpoznanej jako skam,
ale co najlepsze usuwać z wyników wyszukiwania, ale nie usuwać samych reklam z platformy.
W efekcie dla regulatorów wyniki wyszukiwarki wyglądały na oczyszczone, podczas gdy użytkownicy nadal byli narażeni na fałszywe reklamy, powiedzmy reklamujące czy to fałszywe inwestycje, czy też na fikcyjne reklamy z udziałem znanych osób wygenerowanych najczęściej przy pomocy AI platformy.
Co ciekawe, nawet firma Meta w swoim podręczniku przyznaje, że gdyby wprowadzili obowiązkowe regulacje tak jak powinni, albo wprowadzili dobrowolną weryfikację reklamodawców, mogłoby to realnie zmniejszyć skalę oszustw, ale też jednocześnie zmniejszyłoby wpływy firmy.
Pokazuje to, że firma i menadżerowie firmy byli w pełni świadomi skali problemu, a mimo to, jak wynika z dokumentów, koncentrowali się na minimalizowaniu wpływu na przychody, jakie niosłoby ze sobą ostrzejsze egzekwowanie zasad wobec reklamodawców, a nie na wykonywaniu swoich obowiązków zgodnie z obowiązującymi przepisami.
Według wewnętrznych analiz METY, sama kategoria reklam wysokiego ryzyka prawnego, w których mieściły się m.in. podszywanie się pod marki albo pod celebrytów, przynosiła firmie miliard dolarów i mogła przewyższać potencjalne koszty ugód z regulatorami, czyli generalnie opłacało im się finansowo nie przestrzegać przepisów i płacić kary.
To, ale też wcześniejsze śledztwa Reuter wywołały fale reakcji władz i instytucji na całym świecie.
Zarzuca się mecie czerpanie zysków z reklam oszustw, narażenie dzieci na szkodliwe treści, wątpliwości co do zgodności działań samej Platformy z przepisami różnych krajów.
Jednocześnie mamy przykłady z krajów takich jak Tajwan, gdzie wprowadzenie obowiązkowej weryfikacji reklamodawców ograniczyło znacznie ilość oszustw.
W Tajwanie liczba reklam inwestycyjnych, które namawiały do inwestowania w jakieś oszukane biznesy spadła nawet o 90%.
Podobne przepisy chcą wprowadzić państwa takie jak Singapur, ale też pozostałe, które domagają się od firmy Meta zastosowania zaawansowanych form identyfikacji reklamodawców, nawet takich jak rozpoznawanie twarzy reklamodawców.
Co na to firma?
No cóż, tego można się domyślić.
Meta utrzymuje, że agresywnie walczy z fraudami i scamami, argumentując, że użytkownicy nie chcą tego typu treści na platformach i że inwestuje miliardy w bezpieczeństwo.
Szkoda tylko, że tego nie widać i szkoda, że realnie rzecz biorąc te oszukane reklamy przynoszą i tak duże zyski.
A na koniec coś z naszego własnego podwórka.
Fundacja Instrat opublikowała raport wskazujący, że polski sektor publiczny może nie bezpośrednio, jeżeli o to chodzi, bo nie mogą, ale w praktyce blokuje dostęp do zamówień publicznych dla producentów oprogramowania jakiegokolwiek innego niż Microsoft.
Raport ten ujawnia mechanizmy, które...
zamieniają pozornie otwarty system zamówień publicznych w narzędzie faworyzowania jednego dostawcy.
Według analizy przeprowadzonej przez Instrat 99% zamówień publicznych na oprogramowanie biurowe w polskiej administracji praktycznie wyklucza konkurencję dla rozwiązań Microsoftu, czyli żadne rozwiązania alternatywne nie mają szansy wygrać przetargu,
Mimo tego, że przepolskie przepisy o zamówieniach publicznych nakazują równe traktowanie wykonawców, ale jednak w rzeczywistości jest inaczej.
Raport Fundacji wykazuje, że pozornie techniczne wymagania stawiane w specyfikacjach przetargów skutecznie eliminują otwarte i darmowe rozwiązania biurowe, nawet jeżeli spełniają one wszystkie funkcjonalne potrzeby urzędników.
W jaki sposób się to robi?
Polska administracja publiczna, posługując się specjalistycznym żargonem, formułuje specyfikację warunków zamienienia w sposób, który preferuje produkty Microsoft.
Zamiast opisywać rzeczywiste wymogi funkcjonalne, to dokumenty przetargowe zabierają wytyczne oparte na konkretnych rozwiązaniach jednego producenta.
Na przykład zamiast wymagać narzędzia do edycji tekstu umożliwiającego pracę z formatem .doc, formułuje się warunek wskazujący na konkretny produkt.
Takie podejście eliminuje rozwiązania inne niż Microsoft, czyli czy to alternatywne pakiety biurowe konkurencji, czy też rozwiązania open source, które oferują identyczną funkcjonalność, ale nie pochodzą od tego dostawcy.
Raport fundacji wskazuje też, że przez takie zachowania państwo i gospodarka narażone są na długofalowe ryzyko wynikające z uzależnienia od jednego dostawcy.
Polska administracja publiczna, która w tym momencie zawiera umowy wyłącznie z Microsoftem,
traci kontrolę nad oprogramowaniem, którego używa.
Nie ma dostępu do kodów źródłowych, co oznacza, że polski sektor publiczny nie może rozwijać ani modyfikować używanych rozwiązań.
Nie ma nad tym kontroli.
A co ciekawe, w innych krajach europejskich
Widać, że open source w zamówieniach publicznych jest coraz bardziej aktywnie wspierane.
Pozwala to na większą swobodę, niezależność technologiczną oraz w dłuższej perspektywie oszczędności finansowe.
Tak naprawdę osobiście jestem bardzo ciekaw z czego to wynika.
Czy jest to brak dobrej woli, czy też przyzwyczajenie, czy komuś zależy na tym, żeby produkty Microsoftu wygrały.
Czy też jest to po prostu czyste lenistwo, które sprawia, że łatwiej jest otworzyć stronę produktową Worda czy Excela i zrobić Ctrl-C, Ctrl-V z funkcjonalności zamiast napisać samemu specyfikację przetargu.
No i to by było na tyle na dziś.
Dziękuję za wysłuchanie tego odcinka i zapraszam do kolejnego odcinka jak zwykle za dwa tygodnie.
Do usłyszenia.