Dzień dobry, nazywam się Marcin Lis i zapraszam do wysłuchania kolejnego odcinka podcastu What the Fox Says.
Dzisiaj nie powinno być nudno, bo mamy tematy z różnych dziedzin, więc mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Zapraszam do wysłuchania tego odcinka.
Na początek temat medyczny.
W oku leków na odchodzanie i cukrzycę, takich jak np. słynny już ozębik, narosło mnóstwo opowieści.
Ale to, co aktualnie odkrywają naukowcy, zaczyna daleko wykraczać poza samo zrzucanie wagi czy regulowanie poziomu cukru we krwi.
Okazuje się bowiem, że ta niezwykle popularna grupa medykamentów może mieć fundamentalny wpływ na ludzką psychikę, a dokładniej chodzi o mechanizmy odpowiedzialne za powstawanie uzależnień.
Badacze z Uniwersytetu Teksasu w El Paso przeprowadzili ogromną analizę danych medycznych, która obejmowała ponad 142 tysiące pacjentów zmagających się z otyłością albo cukrzycą typu 2.
Około 20 tysięcy z tych osób przyjmowało ludzi takich jak... Boże, przepraszam.
Przyjmowało leki takie jak ozębik i wyniki tego porównania okazały się zdumiewające i rzucające zupełnie nowe światło na to, jak takie substancje działają na nasz mózg.
U osób stosujących takie preparaty odnotowano drastyczny, wręcz niewiarygodny spadek diagnoz związanych z nadużywaniem substancji psychoaktywnych.
W grupie przyjmującej leki typu Ozempic prawdopodobieństwo wystąpienia zaburzeń związanych z używaniem alkoholu było aż o 74% niższe w porównaniu do pacjentów, którzy takich leków nie brali.
W przypadku uzależnienia od kokainy spadek ten wyniósł 75%.
Podobny trend zaobserwowano przy opioidach, gdzie ryzyko spadło o 69%, a także przy nikotynie z wynikiem niższym o 68%.
Dlaczego się tak dzieje?
No cóż, naukowcy podejrzewają, że klucz kryje się w strukturach naszego mózgu, a konkretnie w tak zwanym układzie nagrody, który odpowiada za odczuwanie przyjemności i za jednocześnie generowanie głodu danej substancji, czyli takiego głodu nałogowego.
Wygląda na to, że analogi GLP-1, czyli właśnie takie leki jako Zempik, nie tylko wysyłają sygnał do żołądka, że jesteśmy najedzeni, ale też w pewien sposób wyciszają ścieżki neuronalne odpowiedzialne za poszukiwanie tej nagrody.
Czyli, mówiąc prosto, sprawiają, że mózg przestaje domagać się kolejnego bodźca, czy to w postaci jedzenia, czy alkoholu, czy papierosa, czy narkotyków.
Mimo tych danych, autorzy badania tonują na chwilę obecną zachwyt i podchodzą do sprawy z medyczną ostrożnością.
Podkreślają, że na tym etapie mówimy o silnej korelacji, a nie o ostatecznym dowodzie na to, że te leki bezpośrednio leczą uzależnienia.
Było to badanie obserwacyjne na konkretnej grupie pacjentów z cukrzycą i otułością, dlatego lekarze kategorycznie odradzają przepisywanie tych preparatów wyłącznie w celu walki z nałogami.
Zanim ozempik czy pokrewne mu substancje trafią do oficjalnych strategii leczenia uzależnień, niezbędne są jeszcze rygorystyczne kontrolowane badania kliniczne,
Niemniej jednak kierunek jest niezwykle obiecujący.
Badacze też planują już kolejne analizy.
Chcą krok po kroku śledzić pacjentów od momencie rozpoczęcia terapii, by precyzyjnie sprawdzić jak zmieniają się ich zachowania i jak wpływa to na ogólną jakość ich życia psychicznego.
Mimo wszystko ciekawe jest to, że to co zaczęło się jako walka z otyłością,
Może ostatecznie okazać się jednym z największych przełomów, jeżeli chodzi o terapię uzależnień.
A teraz czas na historię o firmie Shell.
Wyobraźcie sobie, że przez lata głośno zapowiadacie wielką zieloną rewolucję.
Kupujecie farmy wiatrowe, stawiacie gigantyczne turbiny na morzu, zmieniacie wizerunek na bardziej ekologiczny, a potem nagle, praktycznie z dnia na dzień, kładziecie na stole ofertę opiewającą na miliard dolarów i mówicie, że wychodzicie z tego biznesu i szukacie kupca.
Dokładnie to dzieje się właśnie teraz.
Shell, czyli gigant paliwowy, planuje potężną wyprzedaż swoich udziałów w morskich farmach wiatrowych w Holandii.
Miliard dolarów na stole i jasny sygnał dla rynku.
Chcecie wiedzieć co tam się wydarzyło?
Chcecie wiedzieć, czy zielona transformacja wielkich koncernów właśnie dostała zadyszki, czy to po prostu jest taka chłodna biznesowa kalkulacja?
No to zacznijmy od konkretów.
Informacje, które obiegły media mówią, że Shell przygotowuje się do sprzedaży swoich udziałów w projektach zlokalizowanych na Morzu Północnym u wybrzeży Holandii.
Mówimy tu konkretnie o konsorcjach Blauwind oraz Crosswind.
Żeby lepiej zobrazować skalę, to są farmy wiatrowe, które generują naprawdę potężną moc.
Na przykład projekt Holland C. Kurst Nord, w którym Shell ma aż 80% udziałów, to elektrownia dostarczająca czystą energię do miliona gospodarstw domowych.
Łączna wartość pakietu, którego koncern Shell chce się pozbyć, to właśnie mniej więcej miliard dolarów.
Co ciekawe, Shell nie robi tego po cichu.
Do gry zaproszono już doradców finansowych z Rothschilda, którzy mają pomóc w znalezieniu kupców.
Szukają oni funduszy infrastrukturalnych albo graczy energetycznych.
Generalnie kogokolwiek, kto ma wolny miliard i chce zarządzać wiatrakami na morzu.
No i teraz pojawia się to kluczowe pytanie.
Dlaczego, skoro morski wiatr miał być przyszłością branży?
Żeby to zrozumieć, trzeba się przyjrzeć strategii, jaką realizuje obecny szef Szela.
Odkąd przejął stery, powtarza jak mantrę, hasło, wartość ponad wolumen.
Co w praktyce oznacza stawianie zysków dla akcjonariuszy ponad samą wielkość biznesu, czy ładnie wyglądające zielone statystyki.
Sytuacja na rynku energii odnawialnej w ostatnich kilkunastu miesiącach zrobiła się trudna.
Inflacja, rosnące stopy procentowe, przede wszystkim może drastyczny wzrost kosztów łańcucha dostaw, to jest coś co dotknęło całą branżę morskich farm wiatrowych.
Budowa gigantycznych turbin na pełnym morzu staje się po prostu potwornie droga.
A teraz porównajmy to do tradycyjnego biznesu Shell'a, czyli ropy i gazu.
Tam marże wciąż są wysokie, zyski przewidywalne, zyski tam są szybkie.
W związku z tym obecny szef Shell'a uznał, że kapitał firmy musi płynąć tam, gdzie przynosi największy i najszybszy zwrot dla inwestorów.
Z perspektywy giełdy to czysta, pragmatyczna logika.
No i trzeba przyznać, że Shell nie jest odosobniony w takim podejściu.
Poza tym Shell już wcześniej wycofał się z projektów wiatrowych w Chinach, Francji, zlikwidował nawet część swojego biznesu dotyczącego sprzedaży detalicznej prądu w Wielkiej Brytanii i w Niemczech.
Sprzedaż holenderskich farm to po prostu jest kolejny krok tej samej jednej wielkiej strategii.
A czy można z tego wyciągnąć wnioski, że zielona transformacja umiera?
Moim zdaniem absolutnie nie.
To po prostu pokazuje, że zmienia się jej charakter.
W ostatnich latach żyło się w przekonaniu, że to tradycyjne koncerty naftowe właśnie dzięki gigantycznym zyskom z ropy sfinansują budowę zielonego świata.
Shell, ale też inne firmy paliwowe miały stać się nowymi czempionami czystej energii.
A rzeczywistość weryfikuje te plany.
Firmy tak naprawdę związane z ropą wracają do korzeni, bo tam najłatwiej się zarabia, tam już mają wszystko zrobione, wystarczy tylko tak naprawdę kasować zyski.
Więc rolę budowniczych zielonej infrastruktury przyjmują wyspecjalizowane fundusze inwestycyjne, ale też państwowe spółki energetyczne i firmy, które od początku zajmują się tylko modernizacją sieci.
Dla nich stabilne, nawet jeżeli niższe marże z wiatru są w zupełności wystarczające.
Dlatego właśnie Shell woli oddać gotowe działające farmy komuś innemu i zgarnąć miliard dolarów w gotówce i wrzucić to, czy to nie wiem, w skup własnych akcji, czy w inwestycje, niż mieć stabilny, ale niski dochód.
Ten miliardowy odwrót Shell'a z tych holenderskich projektów to dowód, że taki okres bezwarunkowego inwestowania w ekologię przez koncerny paliwowe się skończył i teraz liczy się już po prostu typowe podejście Excelowe.
Albo coś przenosi zyski, najlepiej wysokie i już teraz,
Albo z tego rezygnujemy, odcinamy się od tego, dziękuję.
Bo firmy paliwowe nadal na paliwach kopalnych mogą spokojnie zarobić więcej.
Więc pytanie jest, czy chcą myśleć perspektywicznie, czy wolą mieć zyski już tu i teraz.
No i przykład Shell'a pokazuje, że to drugie, dla niektórych firm jest ważniejsze.
A teraz temat dla ludzi pijących kawę wieczorem.
Większość z nas ocenia jakość swojego snu na podstawie bardzo prostych kryteriów.
Czyli np. jak szybko udało nam się zasnąć, czy, a jeśli tak, to ile razy budziliśmy się w nocy, jak długo tak naprawdę przespaliśmy koniec końców tej nocy, czyli było to te 7-8 godzin zalecane przez lekarzy, czy nie.
W momencie, kiedy pijemy kawę wieczorem, kładziemy się po niej do łóżka i zasypiamy sobie, jesteśmy przekonani, że kofeina nie ma na nas żadnego negatywnego wpływu.
Okazuje się jednak, że przekonanie takie jest błędne.
Najnowsze badania naukowe dowodzą, że kofeina potrafi sabotować nasz odpoczynek w ukryty sposób, niedostrzegalny dla naszej świadomości, ale niszcząc nasz sen od wewnątrz.
Kluczem do zrozumienia tego zjawiska są badania z wykorzystaniem elektroencefalografii, czyli EEG.
Tradycyjna ocena snu skupia się wyłącznie na jego długości i następujących po sobie fazach.
Tymczasem ilościowa analiza AEG pozwala naukowcom zajrzeć znacznie głębiej i zobaczyć jak dokładnie śpi nasz mózg, a nie tylko czy pozostaje w stanie uśpienia.
Wyniki tych analiz są jednoznaczne.
Kofeina ma zdolność drastycznego ograniczenia tzw. aktywności wolno-falowej, która jest najważniejszym markerem głębokości snu oraz jego rekreacyjnego charakteru.
Oznacza to, że nawet jeśli przesypiamy całą noc bez żadnej przerwy, nasz mózg może przesuwać swoją aktywność w stronę wzorców bardziej charakterystycznych dla stanu czuwania.
Faza snu głębokiego, w której trakcie dochodzi do kluczowej regeneracji fizycznej, do odbudowy zasobów energetycznych i oczyszczania mózgu z toksyn, zostaje spłycona.
W efekcie, mimo że spędzamy w łóżku te powiedzmy 8 godzin, budzimy się z poczuciem niewyjaśnionego zmęczenia.
Nasze subiektywne samopocznie rano kompletnie nie pokrywa się wtedy z tym, co obiektywnie rejestrują neurofizjologiczne aparaty.
Mózg po prostu nie dostaje szansy na pełną odbudowę.
Co ciekawe, wpływ kofeiny na organizm jest przy tym sprawą niezwykle indywidualną i zależy od ogromnej liczby czynników.
Chodzi tutaj o takie czynniki jak genetyka, tempo metabolizmu, wiek, a nawet poziom codziennego stresu czy też zmęczenia.
Z tego też powodu bardzo zladliwe bywa myślenie, że problem dotyczy wyłącznie kawy wypitej późnym wieczorem.
U osób o wolniejszym metaboliźnie albo o wyższej wrażliwości nawet filiżanka wypita wczesnym popołudniem, a w skrajnych przypadkach rano może nawet nadal krążyć w organizmie w ilościach wystarczających do zaburzenia nocnej aktywności wolno-falowej mózgu.
Istotna jest bowiem całkowita ilość kofeiny przyjęta w ciągu dnia i to, czy ciało realnie zdąży ją zmetabolizować przed pójściem spać.
Taki stan rzeczy prowadzi do powstawania ryzyka takiego zamkniętego koła, na które szczególnie należone są osoby pracujące umysłowo, ale też np. sportowcy i wszyscy ci, którzy regularnie wspomagają się kofeiną, aby utrzymać wysoką produktywność.
Kofeina znakomicie maskuje zmęczenie w ciągu dnia, podnosi czujność, daje takiego kopa energetycznego, trochę na kredyt.
Problem jest taki, że za to płacimy cenę później.
Tą cenę płacimy naszą regeneracją.
Kiedy kofeina pogarsza jakość nocnego odpoczynku, o poranku budzimy się bardziej zmęczeni.
To skłania nas do wypicia kolejnej kawy, potem jeszcze jednej, jeszcze jednej.
W efekcie znowu kładziemy się spać napchani kofeiną, co znowu wpływa na nasz sen i znowu budzimy się zmęczeni i tak w kółko.
I w ten sposób pogłębiamy deficyt takiego prawdziwego, głębokiego, rekreacyjnego snu, nie znając sobie nawet sprawy ze źródła problemu, ponieważ w naszym własnym odczuciu przecież śpimy całkiem dobrze, śpimy odpowiednio długo, nie mamy problemu z zasypianiem itd.,
Naukowcy starają się nie demonizować jednak samej kofeiny.
Kofeina sama z siebie nie jest ani dobra, ani zła.
Jest to potężny związek biologiczny, którego działanie zależy od dawki, czasu spożycia, ale też indywidualnego profilu każdego człowieka.
Kluczowa zmiana, jaką wnoszą te badania, polega na przesunięciu naszej uwagi, żeby patrzeć nie tylko na to, jak długo śpimy po kawie, ale też jak głęboko i jak wydajnie śpimy.
Dlatego jeżeli budzicie się rano strasznie zmęczeni, a przespaliście te 8 godzin,
Zastanówcie się, czy nie piliście wczorajszego wieczora, popołudnia filiżanki kawy i spróbujcie może następnego dnia przespać się bez tej popołudniowej wieczornej kawy i zobaczycie, czy będzie jakaś różnica.
Tutaj takie wtrącenie.
Skoro już mówimy o kawie, pamiętajcie, zawsze możecie mi postawić wirtualną kawę.
A teraz temat pogodowy.
Chciałbym opowiedzieć Wam o fascynującym, ale też lekko niepokojącym raporcie magazynu Wired.
Opowiada on, dlaczego skrawek Oceanu Spokojnego decyduje o tym, czy w Afryce zapanuje głód, albo czy w Ameryce spadną rekordowe ulewy.
Dokładnie chodzi o El Niño.
A czym w ogóle jest El Niño?
Najprościej tłumacząc, jest to okresowe, gigantyczne podgrzanie wód we wschodniej, tropikalnej części Pacyfiku.
Przyjmuje się, że żeby amerykańska Narodowa Służba Oceaniczna i Atmosferyczna oficjalnie ogłosiła początek El Niño, temperatura wody w konkretnym regionie musi być o co najmniej 0,5 C powyżej średniej przez 3 miesiące.
W tym roku mamy taki efekt,
że woda w tym regionie nie tylko się ociepliła, ale też przez zachodnie wiatry i jej poziom we wschodnim Pacywiku podniósł się o blisko 18 cm.
W efekcie ocean można powiedzieć, że spuchł.
A dlaczego podgrzanie wody w tym jednym miejscu zmienia pogodę na całym świecie?
Tutaj mamy efekt domina.
Po prostu ciepły ocean oddaje potężne ilości energii do atmosfery.
To w efekcie zmienia prądy powietrzne.
A kiedy to się zacznie dziać, cała układanka pogodowa na Ziemi zaczyna wariować.
Zwykłe El Niño zdarza się raz na kilka lat, ale obecny rok, według naukowców, ma przynieść coś znacznie bardziej ekstremalnego.
Modelowanie klimatyczne pokazuje, że mamy aż 63% na to, że zjawisko to przekroczy próg 2 stopni Celsjusza powyżej normy.
Te 2 stopnie Celsjusza powyżej normy to oficjalna granica tzw. super El Niño.
Co więcej, niektóre modele sugerują, że pobijemy wszelkie historyczne rekordy.
Dziennikarz The Wired użył świetnego porównania.
Jeżeli przeciętne El Nino jest jak silnik w Toyocie Prius, to Super El Nino to silnik z Ferrari.
Wielka niszczycielska siła.
W historii pomiarów mieliśmy dotąd tylko cztery takie super zjawiska i każde z nich przyniosło globalny chaos.
Pierwsze zarejestrowane Super El Nino było na przełomie lat 82 i 83 ubiegłego wieku i doprowadziło m.in. do tego, że gigantyczny sztuczny zbiornik Lake Mead w USA po prostu wystąpił z brzegów.
Kolejne to był przełom 1997 i 1998.
Je wywołał w Indonezji najgorszą suszę w historii tego kraju.
Kolejne El Niño z przełomu 2023-2024 przyniosło Afryce Południowej suszę stulecia.
Mieliśmy ponad 60 milionów ludzi, którzy potrzebowali pomocy żywnościowej z powodu zniszczonych upraw.
Do tego dochodzi dramat pod wodą.
Taka gigantyczna fala gorąca dosłownie smaży, albo raczej gotuje rafy kolarowe.
Więc czego można spodziewać się w tym roku?
No cóż, mapa pogodowa świata wariuje.
Południowo-zachodnia część Stanów Zjednoczonych może szykować się na wyjątkowo mokrą, wręcz powodziową zimę.
Z drugiej strony El Niño paradoksalnie osłabia formowanie się huraganów na Atlantyku, więc tam sezon może być spokojniejszy.
Ale ma to swoje dwie strony.
Podczas gdy Amerykanie będą walczyć z ulewami, rejony takie jak Indonezja czy afrykańskie regiony Sahelu znowu utoną w dramatycznych suszach.
Patrząc na to, że żyjemy w czasach, gdy globalne temperatury i tak biją historyczne rekordy,
to jeżeli dołożymy do tego dopalacz w postaci Super El Niño, możemy mieć efekt taki, że obecny rok będzie jednym z najgorętszych w historii, zarejestrowanym przez ludzkość.
El Niño to też takie przypomnienie o tym, jak połączonym organizmem jest cała nasza planeta,
Wydawałoby się, daleka od nas woda u wybrzeży Peru, to czy jest ona cieplejsza czy zimniejsza, decyduje o życiu, o dostępności jedzenia, bezpieczeństwie ludzi tysiące kilometrów dalej.
Pytanie nie brzmi, czy odczujemy tego skutki, ale jak bardzo jesteśmy na nie przygotowani lub nieprzygotowani.
To prawdopodobnie całkiem niedługo się okaże.
A skoro mówimy o klimacie, to teraz temat o klimacie, ale nie naszej planety, a najbliższej nam planety.
Po ponad 11 latach pracy naukowej, a później 6 miesiącach ciszy radiowej, Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej uznała oficjalnie sondę MAVEN za bezpowrotnie utraconą.
Była to wyjątkowa misja orbitalna, która została zaprojektowana w celu zbadania górnych warstw atmosfery Marsa oraz mechanizmów odpowiedzialnych za utratę gazów cieplarnianych i wody.
Sonda, która dotarła do celu w lutym 2014 roku, zakończyła swój żywot w sposób...
Nieprzewidziane.
Tak to określam.
Problemy rozpoczęły się na początku grudnia 2025 roku, gdy pojazd rutynowo wszedł w strefę cienia radiowego za tarczą planety.
Gdy MAVEN wyłonił się zza Marsa, globalna sieć anten Deep Space Network nie zarejestrowała już żadnego stabilnego sygnału.
Krótkie fragmenty danych telemetrycznych zebranych w ostatnich chwilach wykazały, że satelita niespodziewanie przeszedł w tryb awaryjny i zaczął obracać się wokół własnej osi z nienaturalnie wysoką prędkością.
Powołana przez NASA komisja badawcza ustaliła, że taki niekontrolowany ruch rotacyjny doprowadził do całkowitego rozładowania pokładowych akumulatorów, co odcięło zasilanie systemów komunikacyjnych i uczyniło misję niemożliwą do uratowania.
Choć dokładna przyczyna tej anomalii technicznej wciąż pozostaje przedmiotem szczegółowych analiz, to dziedzictwo, jakie pozostawiło po sobie ta sonda, na zawsze zmieniło postrzeganie jej historii Układu Słonecznego.
Przez ponad 10 lat Maven dostarczał dowodów na to,
jak dynamiczne procesy zachodzące na Słońcu mogą dosłownie odrzeć planetę z jej powłoki gazowej, a raczej z tej powłoki ochronnej wokół planety.
Głównym celem tej misji było zrozumienie, dlaczego Mars przekształcił się z ciepłego, wilgotnego świata, w którym potencjalnie mogło rozwinąć życie, w suchą, lodową, jałową pustynię.
Sonda Maven jako pierwsza w historii bezpośrednio zaobserwowała tzw. proces rozpylania atmosferycznego, czyli zjawisko fizyczne polegające na tym, że ciężkie energetyczne jony pochodzące z wiatru słonecznego uderzają w górne warstwy atmosfery i mechanicznie wyrzucają lżejsze cząstki gazu w przestrzeń kosmiczną.
Obserwacje te przeprowadzono m.in. przeżycie argonu, gazu szlachetnego, który rzadko wchodzi w reakcje chemiczne z innymi elementami marsjańskiego środowiska, co pozwoliło precyzyjnie zmierzyć tempo degradacji gazowej tarczy planety w czasie rzeczywistym.
Analiza danych wykazała, że w młodości naszego Układu Gwiezdnego, kiedy Słońce było znacznie bardziej aktywne i generowało potężniejsze rozbłyski, proces ten zachodził w sposób niezwykle agresywny.
Maven nie tylko pomógł zrekonstruować przeszłość, ale dostarczył także spektakularnych odkryć dotyczących współczesnego Marsa, wykrywając unikalne zjawiska np. zorzy protonowych, które w przeciwieństwie do ziemskich złóż polarnych potrafią objąć swoim zysięgiem niemal całą planetę.
Ale utrata tej sondy stanowi nie tylko cios dla programów badawczych, ale też dla bieżącej logistyki misji marsjańskich.
Dlaczego?
Dlatego, że MAVEN odgrywał kluczową rolę jako orbitalny przekaźnik telekomunikacyjny, pośrednicząc w transmisji gigantycznych ilości danych naukowych wysyłanych przez pracujące na powierzchni marstwa łaziki Curiosity i Perseverance.
przesyłał te dane bezpośrednio do laboratoriów na Ziemi.
Przedstawiciele NASA zapewniają wprawdzie, że sieć komunikacyjna jest na tyle odporna, że pozostałe na orbicie starsze satelity będą w stanie przejąć te obowiązki, ale margines bezpieczeństwa technologicznego tutaj się znacznie zmniejszył.
Co ciekawe, sam martwy satelita MAVEN pozostanie na orbicie Marsa jeszcze przez kolejne 50 do 100 lat, zanim ostatecznie wyhamuje w rzadkich resztkach gazu i spłoni w atmosferze, którą badał przez całe swoje techniczne życie.
Historia tej misji przypomina też nam,
Jak wielkim wyzwaniem pozostaje eksploracja przestrzeni kosmicznej i jak szybko może się zakończyć taka misja, takie przedsięwzięcie inżynieryjne ludzkości.
Jak bardzo kruche są nasze zabawki w porównaniu z głębią kosmosu.
A skoro już jesteśmy w kosmosie, to pozostańmy tam, tylko przenieśmy się na krańce Układu Słonecznego.
Poszukiwania dziewiątej planety na krańcach Układu Słonecznego trwają od dawna, a nowe odkrycia sprawiają, że ta kosmiczna zagadka staje się jeszcze trudniejsza do rozwiązania.
Sam pomysł na to, że gdzieś tam na rubieżach systemu znajduje się masywny, nieodkryty glob, pojawił się jeszcze przed odkryciem Plutona w latach 30.
XX wieku.
Roboczo nazywano to planetą X i miało to tłumaczyć nietypową orbitę Urana, która odbiega od ścieżki wynikającej z praw fizyki.
Astronomowie podejrzewali, że winna jest grawitacja nieznanego ciała niebieskiego, kilkukrotnie większego od Ziemi.
Tamtą rozbieżność ostatecznie wyjaśniło ponowne przeliczenie masy Leptuna w latach 90., ale w 2016 roku narodziła się nowa teoria, proponująca istnienie dziewiątej planety, a opierała się ona o zachowanie pasa Kuipera.
Pascuipera to gigantyczny pierścień planet karłowatych, asteroid lodowej materii, generalnie takiego miksu rozciągającego się za Neptunem.
Odkryto tam już wiele obiektów, które podobnie jak niegdyś Uran nie poruszają się po orbitach w przewidywalny sposób.
Badacze uznali, że na ich trajektorii musi wpływać silne źródło grawitacji.
Początkowy sceptycyzm środowiska naukowego zaczął ustępować w trakcie gromadzenia dowodów, gdy coraz potężniejsze teleskopy potwierdzały anomalie w ruchach ciał transneptunowych.
W 2018 roku zrobiło się głośno o obiekcie oznaczonym jako OF-201, będącym kandydatem na planetę Karłowatum.
Jego mocna, wydłużona, eliptyczna orbita sugerowała, że albo przeżył bardzo potężne zdarzenie w przeszłości, albo jest stale poddawany oddziaływaniu grafitacyjnemu dziewiątej planety.
Pojawia się pytanie jednak, skoro ta hipotetyczna planeta istnieje, dlaczego wciąż nikt jej nie dostrzegł?
Część astronomów uważa, że dane z pasa Kuipera są zbyt skąpe, by móc wyciągnąć ostateczne wnioski, a anomalie orbitalne próbują tłumaczyć obecnością pierścienia rozproszonego gruzu kosmicznego, a nawet miniaturową czarną dziurą.
Główną przeszkodą weryfikacji tych teorii jest fakt, że zewnętrzne regiony Układu Słonecznego obserwujemy od niedawna i choć sam kształt orbity można wyliczyć w kilka lat, to subtelne zmiany grawitacyjne wymagają obserwacji trwających przez 4 lub 5 pełnych cykli, a tutaj cykl, czyli obieg dookoła Słońca,
No to problem jest taki, że w przypadku niektórych obiektów cykl liczony jest w dziesiątkach tysięcy lat.
Dodatkową ciekawostką jest to, że najnowsze odkrycia dotyczące obiektów w pasie Kuipera
stawiają tę teorię dziewiątej planety w bardzo trudnym położeniu.
Nie tak dawno za pomocą teleskopu Subaru na Hawajach odkryto ciało kosmiczne o bardzo seksownej nazwie 2023KQ14.
Zostało ono zaklasyfikowane jako tzw. sendoid.
Sendoid, czyli oznacza to, że większość czasu spędza ekstremalnie daleko od Słońca, ale wciąż w granicach jego grawitacyjnego wpływu.
W swoim najbliższym punkcie ten sendoid zbliża się do Słońca na odległość 71 jednostek astronomicznych, a w najdalszym oddala się na 433 jednostki.
Dla porównania Neptun znajduje się 30 jednostek astronomicznych od Słońca.
Co ciekawe to nowe ciało niebieskie również posiada mocno eliptyczną orbitę, ale jest ona wyjątkowo stabilna.
Taka stabilność sugeruje, że żadna duża planeta nie wpływa znacząco na jej trajektorie.
Co więcej, jest to już czwarty odkryty sendoid o stabilnej orbicie.
Czyli jeżeli dziewiąta planeta by w ogóle istniała, musiałaby się znajdować znacznie dalej niż dotychczas zakładano.
Prawdopodobnie gdzieś w odległości przekraczającej 511 km od Słońca, a to oznacza, że przy naszych technologiach naprawdę ciężko by ją było zobaczyć.
Jednocześnie przy naszych możliwościach technologicznych podróż sondy bezzałogowej w tamte rejony
zajęłaby jakieś mniej więcej 100 lat.
Więc pozostaje nam polegać na rozwoju teleskopów naziemnych i kosmicznych.
I na tym, że wraz z tym jak będą powstawały coraz doskonalsze teleskopy, to zobaczymy coraz więcej nowych, do tej pory niewidzialnych szczegółów.
A teraz temat z pogranicza świata realnego i wirtualnego, czyli o Roblox.
Przez lata kradzieże na platformie Roblox kojarzyły się głównie z jednym prostym schematem.
Cyberprzestępcy polowali na konta graczy, tak żeby wyciągnąć z nich rzadkie wirtualne przedmioty o wysokiej wartości.
I wiem, że to może brzmieć jak błahy problem,
I tak to brzmi.
Dopóki sobie nie uświadomimy, że niektóre z tych cyfrowych ulepszeń na rynku warte są tysiące dolarów w realnej gotówce.
Jednak ostatnio przestępcza działalność weszła na zupełnie nowy poziom.
Hakerzy przestali zadowalać się łupami z ekwipunku.
Teraz przyjmują całe gry, całe cyfrowe światy i biznesy, nad którymi ludzie pracowali latami.
O co chodzi, kiedy mówię gry czy światy?
Roblox to nie jest tylko rozrywka dla dzieci.
Roblox to gigantyczna platforma biznesowa.
Tutaj firma dostarcza narzędzia, a całą zawartość tworzą niezależni deweloperzy.
Najlepsi z nich budują całe imperie, otwierają studia projektowe, generują miliony odsłon i zarabiają przy tym realne, gigantyczne pieniądze.
Kiedy więc haker przyjmuje kontrolę nad taką grą, to okrada on komuś firmę i kradnie komuś źródło trzymania.
Metody działania opierają się na wyrofilowanej oszustwie socjotechnicznym.
Scenariusz praktycznie zawsze wygląda tak samo.
Hakerzy wysługują obiecujących twórców, kontaktują się z nimi, podają się za albo rekruterów, albo przedstawicieli studiów dwupolskich, ewentualnie inwestorów i oferują świetnie płatną pracę, na przykład na stanowisko menadżera projektu.
Gdy ofiara połknie haczyk, zostaje poproszona o uruchomienie niewinnie brzmiącego pliku, ewentualnie instalację pakietu programistycznego, który rzekomo jest niezbędny do pracy z bazą danych nowego pracodawcy.
W rzeczywistości, jak można się domyślić, jest to złośliwe oprogramowanie.
W ciągu kilku godzin od ruchomienia takiego pliku systemy zabezpieczeń zostają odcięte.
Ofiary są nagle wylogowywane ze swoich kont na komputerach i telefonach.
W tym samym czasie cyberprzestępcy zmieniają numery weryfikacji dwuetapowej, klucze dostępu, czyli odcinają prawowitych właścicieli od jakiejkolwiek możliwości rachunku.
Następnie przepisują własność całej grupy deweloperskiej na swoje podstawione konta, kradną zgromadzoną wirtualną walutę, a samą grę przenoszą do nowo utworzonego przez siebie projektu.
Co gorsze, poszkodowani twórcy często nie dostają nawet żadnego wcześniejszego ostrzeżenia czy powiadomienia, że ktoś lokuje się z nowej lokalizacji czy nieznanego urządzenia.
Wydawałoby się to wszystko takie wirtualne, ale skala ludzkich dramatów stojąca za tym procederem jest porażająca.
Jeden z deweloperów opisał historię swoich 20-letnich synów, którzy przez 5 lat budowali grę o nazwie The Shadow Network, zrzeszającą ponad 12 tysięcy członków.
Po czymś takim stracili oni dorobek 5 lat w kilka godzin.
Inny przypadek dotyczy piętnastolatka z Kanady, którego autorska gra generowała około 10 tysięcy Robuxów dziennie.
Robuxy to jest waluta wirtualna w grze Roblox i była jego jedynym samodzielnym źródłem otrzymania.
Nastolatek został oszukany przez grupę podającą się za twórców wspomnianego wcześniej The Shadow Network.
Hakerzy wykorzystali tutaj skradzioną tożsamość poprzednich ofiar, by uwiarygodnić się przed kolejną i przejąć kolejny projekt.
Ale to nie jest najbardziej bulwersujące w tej historii.
Najgorsze jest to,
Na co trafiają poszkodowani, którzy próbują szukać pomocy u administracji platformy Roblox?
Ofiary tygodniami potrafią walczyć z systemem wsparcia technicznego, odbijając się od procedur automatycznych.
W wielu przypadkach wsparcie techniczne wprost odmawiało im pomocy, twierdząc na to, że nie ma dowodów, że przeniesienie własności gry nastąpiło w wyniku włamania.
System traktował to wszystko tak, jakby twórcy dobrowolnie oddali swoje projekty.
Reakcja zaczynała się dopiero wtedy, gdy sprawą zaczęły interesować się media, dziennikarze wysyłali do firmy oficjalne zapytania prasowe i dopiero wtedy pod presją publiczną Roblox zdecydował się na weryfikację i ręczne przywracanie skradzionych światów ich właścicielom.
Przedstawiciele platformy w oficjalnych komunikatach bronią się, wskazując, że posiadają zaawansowane mechanizmy ochrony sesji, weryfikacji dwuetopowej, które według nich domyślnie zabezpieczają konta przed atakami typu phishing czy wyciekami haseł, ale zwracają też uwagę na brutalną prawdę o cyberbezpieczeństwie.
Żadne najbardziej rygorystyczne nawet zabezpieczenia nie zadziałają, jeżeli użytkownik sam dobrowolnie uruchomi złośliwy kod dostarczony przez przestępcę, przez oszusta na swoim własnym urządzeniu.
I o tym trzeba pamiętać.
Niezależnie czy jesteśmy twórcą Roblox czy zwykłym użytkownikiem, trzeba pamiętać o tym,
że instalowanie czegokolwiek od osoby, której nie znamy, nigdy nie jest dobrym pomysłem.
Nawet uruchamianie jakichś plików exe, uruchamianie plików zip, które mogą być czymś wypchane, też nie zawsze jest dobrym pomysłem, jeżeli nie znamy dobrze ich pochodzenia i nie jesteśmy w stanie tej osobie zaufać, a nawet wtedy różnie może być.
A teraz czas na follow up do ostatnich dwóch odcinków czyli temat Mesh Core.
W międzyczasie od ostatniego odcinka przyszły mi wszystkie części na które czekałem w związku z czym złożyłem sobie repeater solarny zasilany z panela solarnego mającego dawać 10 watów energii.
Oczywiście w szczycie wiadomo przy idealnych warunkach.
Płyty Heltec V4
Z wypiętym modułem GPS, bo to jest w sumie repeaterowi niepotrzebne, tylko ciągnęłoby prąd.
Z anteny 60 cm o teoretycznym zysku około 4 dB.
Baterii 3000 mAh, która tutaj sobie jest wpięta bezpośrednio w płytę, bo płyta Helteca ma kontroler do zarządzania baterią.
Ten panel solarny też jest bezpośrednio wpięty w płytę, bo płyta ma też kontroler do zarządzania solarem.
Dlaczego tak, a nie pod USB?
Już o tym wspominałem, że z wpięciem się w USB jest takie ryzyko, że w momencie kiedy bateria by padła,
Na przykład w nocy i rano pojawiłby się prąd, to płyta helteca w momencie, kiedy dostałaby zasilanie na porcie USB, postanowiłaby wystartować.
Gdyby postanowiła wystartować, mogłaby podczas startu, podczas uruchomienia wszystkiego, zwłaszcza w momencie, kiedy uruchamia tor nadawczo-odbiorczy i zaczyna coś nadawać.
mogłaby wyciągnąć cały prąd, jaki jest dostępny z solara, w baterii by nic nie było, czyli by się wyłączyło.
Chwilę by poczekała, znowu by dostała prąd, zaczęłaby startować i doszłoby do tak zwanego bootloopa, czyli właśnie takiego zapętlenia na starcie, który nigdy nie dochodzi do końca, bo nie jest w stanie, bo brakuje mu energii.
W momencie kiedy mamy solara podłączonego pod kontroler, kontroler najpierw ładuje baterię i dopiero kiedy poziom naładowania baterii przekroczy określony poziom, wtedy startuje płytę.
Wtedy płyta ma bufor energii w baterii wystarczający do tego właśnie, żeby wystartować, więc wtedy nie ma problemu z bootloopem.
Dlatego zdecydowałem się na takie rozwiązanie.
Na razie działa to fajnie.
Kiedy go zakładałem miał 60 parę procent energii.
Przechodził sobie pół dnia, przechodził sobie kolejny dzień.
Dzisiaj było trochę więcej słońca, bo po żadnych dniach były chmurki, to doładował się już do 100%.
Więc na razie działa to całkiem ładnie.
Czy go tak zostawię?
Prawdopodobnie nie, bo w międzyczasie zamówiłem jeszcze płytkę RAC z Aliexpress z Chin, która jest oparta o NRF-a, nie o ESP32, więc ciągnie dużo mniej prądu i prawdopodobnie po prostu podmienię bebechy tego repeatera na tego RAC-a i RAC zostanie tam docelowo, a będę miał dwa urządzenia mobilne na Heltecu.
Jedno, które będzie po prostu na stałe wpięte w domu, a drugie gdzieś w samochodzie włożone właśnie na jakieś wyjścia, wyjazdy, jako taka zabawka mobilna.
No i to chyba tyle na razie, przynajmniej w tym temacie.
Dziękuję za wysłuchanie dzisiejszego odcinka.
Jak zwykle linki do materiałów źródłowych w opisie.
Jak zwykle linki do moich socjali, możliwości komunikacji ze mną itd.
też w opisie.
Zapraszam do kontaktu, jeżeli macie jakiekolwiek pytania, pomysły itd.
No i to chyba tyle.
Dziękuję za wysłuchanie i do usłyszenia w następnym odcinku.