Dzień dobry, nazywam się Marcin Lis i zapraszam do wysłania kolejnego odcinka podcastu What the Fox Says.
Dzisiaj bardziej normalnie, że tak powiem, jeżeli chodzi o odcinek.
Znowu trochę będzie o zielonej energii, trochę o jaju.
Takie bardziej standardowe tematy.
Zapraszam na odcinka.
Na początek jednak social media i Wielka Brytania.
Dokładniej chodzi o to, że Wielka Brytania staje obecnie w obliczu jednej z najbardziej, powiedziałbym, radykalnych zmian, jeżeli chodzi o regulacje przestrzeni cyfrowych, albowiem Wielka Brytania przygotowuje się do wprowadzenia zakazu korzystania z mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 16 roku życia.
Decyzja ta napędzana jest narastającym kryzysem zdrowia psychicznego oraz presją opinii publicznej, która stawia rząd brytyjski w awangardzie globalnego ruchu dążącego do odebrania technologicznym gigantom wpływu na rozwój najmłodszych.
Brytyjskie plany legislacyjne nie są odosobnionym przypadkiem.
Raczej bym powiedział, że jest to taki element szerszego międzynarodowego zwrotu.
Mamy takie państwa jak Australia czy Norwegia, które przecierają szlaki w ograniczeniu dostępu do platform cyfrowych.
Analiza brytyjskiej inicjatywy ujawnia jednak głębokie wyzwania techniczne, prawne oraz społeczne, które zadecydują o tym, czy to będzie spektakularna porażka,
czy też wielki sukces tego projektu.
Kluczowym argumentem za wprowadzeniem surowych obostrzeń jest ochrona młodzieży przed algorytmami, które zostały zaprojektowane w celu maksymalnego uzależnienia oraz przed ekspozycją na treści o charakterze przemocowym, seksualnym czy dezinformacyjnym.
Badanie opinii społecznej oraz masowe konsultacje, które
w których wzięło udział ponad 100 tysięcy uczestników, pokazują, że współcześni rodzice czują się bezradni wobec mechanizmów stosowanych przez platformy internetowe.
Według danych Urzędu Regulacyjnego Ofcom wynika, że ogromna większość nastolatków spędza w sieci po kilka godzin dziennie, a profile społecznościowe posiadają nawet dzieci w wieku przedszkolnym, co rodzi uzasadnione obawy o ich prawidłowy rozwój emocjonalny i społeczny.
Nie będę ukrywać, że tutaj zastanowiłbym się trochę nad tym, gdzie są rodzice i co robią rodzice, bo...
No kurczę, bez jaj.
Przedszkolak sam sobie nie założy profilu społecznościowego.
No, nie przesadzajmy.
Przedszkolak nie założy sobie sam maila, nie kupi sobie najpierw sam telefonu, czy tableta, czy komputera.
Nie założy sobie konta na tego maila, nie wejdzie na Facebooka, czy TikToka, czy co tam.
No...
No nie, no zwłaszcza, że pamiętajmy o tym, że w UK przedszkole kończy się w wieku pięciu lat najpóźniej, bo cztery lata to już jest reception, kiedy dziecko idzie do szkoły, pięć lat, kiedy idzie do pierwszej klasy.
No nie, trochę po prostu...
Nie wierzę, że tak może być, że tutaj bez wiedzy rodziców.
Więc pytanie, gdzie są rodzice, co ci rodzice robią?
Anyway, wracając do tematu.
Rządowe propozycje, zgodnie z ustawą, zakładają nałożenie na dostawców usług internetowych bezwzględnego obowiązku blokowania dostępu albo też drastycznego ograniczenia funkcjonalności aplikacji dla osób niepełnoletnich.
Brzmi pięknie, ale żeby wdrożyć takie przepisy to trzeba rozwiązać bezprecedensowy problem technologiczny jakim jest skuteczna weryfikacja wieku użytkowników bez jednoczesnego naruszania ich prawa do prywatności.
No i tutaj mamy kilka scenariuszy, które są brane pod uwagę.
Może być wykorzystanie rozpoznawania twarzy oparte o sztuczną inteligencję.
Innym pomysłem to integracja z rządowymi bazami tożsamości cyfrowej albo monitorowanie transakcji bankowych.
Problem jest tylko taki, że mechanizmy te mogą doprowadzić do stworzenia systemów masowej inwigilacji obywateli, a jednocześnie dane telemetryczne milionów ludzi staną się celem cyberataków.
Co więcej, wdrożenie takiego zakazu
może skończyć się tym, że uzyskamy efekt odwrotny od zamierzonego.
Czyli młodzi ludzie nie będą mogli założyć sobie kont w legalnych social media, więc zmigrują się do darknetu.
albo zaczną korzystać z jakichś dziwnych, pozbawionych modelacji platform, gdzie zagrożenia są jeszcze większe.
Eksperci do spraw cyberbezpieczeństwa zwracają też uwagę na powszechną dostępność takich rzeczy jak VPN, które pozwalają na łatwe umiejęcie go o blokad, a jednocześnie też w tym momencie barier wiekowych, co stawia pod znakiem zapytania realną egzekwowalność takiego prawa.
Równolegle z dyskusją o zakazach brytyjskie Ministerstwo Edukacji wprowadza nowe wytyczne dotyczące higieny cyfrowej i zarządzania czasem ekranowym, starając się, żeby wyposażyć rodziców i szkoły w narzędzia edukacyjne, a nie tylko restrykcje prawne.
To, moim zdaniem, ma jakiś sens.
Nie tylko metoda kija, ale też marchewki.
Nie tylko zakazywać, ale też tłumaczyć, edukować dlaczego.
Patrząc na doświadczenia np. z Australii, która jako pierwsza na świecie zdecydowała się na taki krok, widać, że usunięcie nawet milionów nielegalnych kont jest możliwe, lecz wymaga potężnych nakładów finansowych i stałej presji regulacyjnej na korporacje technologiczne.
Więc tutaj ostateczny sukces brytyjskiego projektu albo jego porażka będzie zależeć od tego, czy rząd zdoła wypracować kompromis pomiędzy takim drastycznym, autorytarnym odcięciem młodzieży od nowoczesnego świata, a realną ochroną ich dobrostanu i ich zdrowia w takiej cyfrowej rzeczywistości.
Zobaczymy też, bo tak naprawdę ten przykład może być takim laboratorium na żywo dla innych krajów europejskich.
Australia to jednak inny kontynent, trochę inne możliwości, trochę inne uwarunkowania.
Wielka Brytania jest dużo bliżej Unii Europejskiej.
I to, jak w Wielkiej Brytanii zostanie to wdrożone, jakie wnioski z tego zostaną wyciągnięte, może mieć duży wpływ na to, czy podobne przepisy zostaną, a jeżeli tak, to w jaki sposób wdrożone w Unii Europejskiej.
We wstępie obiecałem coś o zielonej energii, biopaliwach itd.
Więc teraz taka ciekawostka.
Amerykański system energetyczny przekroczył właśnie granicę, która jeszcze powiedzmy 10 lat temu wydawała się taką pieśnią odległej przyszłości.
Chodzi o to, że pierwszy raz w historii Stanów Zjednoczonych energia słoneczna wygenerowała w ciągu jednego miesiąca więcej energii elektrycznej niż węgiel, spychając to paliwo kopalne na dalsze miejsce.
Jak wynika z najnowszych analiz globalnego finktanku energetycznego Ember w maju 2026 roku, fotowoltaika odpowiadała za 12,8% krajowej produkcji prądu w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy udział węgla spadł do 12,2%.
To pokazuje jaką ewolucję przeszła energetyka w Stanach Zjednoczonych.
Trzeba pamiętać o tym, że 5 lat temu węgiel generował prawie 20% elektryczności amerykańskiej, a słońce niewiele ponad 5%.
W maju energia słoneczna oficjalnie awansowała w Stanach Zjednoczonych na pozycję trzeciego największego samodzielnego źródła energii, ustępując miejsca jedynie gazowi ziemnemu i energetyce jądrowej.
Równolegle widać taki nieuchronny schyłek sektora węglowego, który w kwietniu na przykład zanotował swój historyczny dołek produkcyjny, a w maju było niewielkie, malutkie odbicie, które i tak okazało się zbyt słabe, żeby dotrzymać kroku fotowoltaice.
Ten strukturalny zwrot ku czystej energii jest napędzany w Stanach Zjednoczonych ogromnymi inwestycjami w nowe moce produkcyjne, ale też w magazyn energii.
Według raportu przygotowanego przez Solar Energy Industries Association wynika, że w pierwszym kwartale tego roku instalacje słoneczne wraz z magazynami energii stanowiły aż 91% wszystkich nowych mocy przyłączonych do sieci amerykańskich energetycznych.
91%.
Wyobrażacie to sobie?
Co ciekawe, w tym samym tylko pierwszym kwartale w Stanach Zjednoczonych oddano do użytku 7,8 GW nowej pojemności solarnej, co łącznie pozwoliło przekroczyć barierę 6 mln łącznych instalacji fotowoltaicznych w całym kraju.
Oczywiście można się domyślić, że głównym motorem napędowym takiego boomu na energię jest rosnące zapotrzebowanie na prąd.
A to zapotrzebowanie jest generowane między innymi przez sektor technologiczny, czyli tutaj mamy do czynienia właśnie z kontraktowaniem zielonej energii na potrzeby zasilania centrów danych do obsługi naszej ukochanej sztucznej inteligencji.
Dodatkowo w Stanach dynamicznie rozwija się trend prosumencki, w ramach którego 45% właścicieli domów, którzy decydują się w ogóle na fotowoltaikę, instalują ją od razu w pakiecie z przydomowymi magazynami energii.
Dzięki czemu mogą po pierwsze zabezpieczyć sobie dostawy energii, po drugie obniżyć rachunki.
A pamiętacie jak mówiłem o problemach
farm wiatrowych, jeżeli chodzi o przepisy, dokumenty, urzędników i tak dalej.
No, to powiem Wam, że w Stanach generalnie ze Słońcem jest bardzo podobnie.
Ponad 450 różnych projektów związanych z energią słoneczną i magazynowaniem energii jest obecnie zablokowanych w procedurach urzędowych, czyli oczekują na pozwolenia środowiskowe czy na pozwolenia budowlane.
Więc mamy tutaj takie wąskie gardło, które jest głównym zagrożeniem dla ciągłości inwestycji.
a jak wiemy opóźnienia w realizacji takiej inwestycji mogą w efekcie przynieść wzrost cen energii w momencie, kiedy gospodarka będzie potrzebowała jej najwięcej, a tej energii nie będzie.
Mimo wszystko jednak ten majowy punkt zwrotny w Stanach pokazuje, że
Mimo niechęci niektórych sił politycznych, mimo problemów proceduralnych, to transformacja amerykańskiej sieci energetycznej nie jest tylko teorią, a staje się faktem, w którym odnawialne źródła energii trwale wypierają takie historyczne, bym powiedział, fundamenty tej sieci, czyli właśnie paliwa kopalne.
Ciekawe jest to, że gdy w Stanach energia słoneczna wyprzedziła węgiel, ale nadal przygrywa z gazem ziemnym, który jest tam tani i którego mają dużo, na świecie gaz ziemny gwałtownie traci pozycję takiego paliwa domyślnego na rzecz właśnie technologii fotowoltaicznych.
Według raportu Think Tanku Klimatyczno-Energetycznego Ember analiza danych z całego świata wykazuje, że 61 ze 124 gospodarek wytwarzających energię z gazu osiągnęło już swój szczytowy punkt produkcji i obecnie odnotowują tendencję spadkową.
W gronie tym znalazły się cztery kluczowe kraje należące do kupy G7, czyli Wielka Brytania, Niemcy, Włochy oraz Japonia.
co potwierdza, że trend taki dotyczy najbardziej rozwiniętych rynków energetycznych globu.
Udział gazu w światowym miksie energetycznym spada nieprzerwanie od 5 lat, obniżając się w tym czasie z poziomu 23, prawie 24% do 21,8%.
Niby nie jest to duża zmiana, ale jest to cały czas trend spadkowy.
Najbardziej różnice takie widać w zestawieniu bezpośrednim.
W zeszłym roku globalna generacja z fotowoltaiki, tylko fotowoltaiki, wzrosła o 636 TWh.
W tym samym czasie wzrost mocy gazowych wyniósł 38 TWh.
Oznacza to, że energia słoneczna rozwijała się 17 razy szybciej niż gazowa.
I energia słoneczna samodzielnie pokryła mniej więcej 75% całkowitego rosnącego popytu na energię elektryczną na świecie.
Dla porównania, wkład gazu ziemnego w ten wzrost wynosił jedynie 5%.
Głównym motorem takich zmian wydają się po prostu korzyści ekonomiczne, ale też korzyści strategiczne.
Chodzi o to, że po pierwsze technologie odnawialne stale redukują koszty inwestycyjne.
Po drugie jednocześnie eliminują ryzyko związane z gwałtownymi skokami cen paliw kopalnych.
z problemami z ich dostawami, z niestabilnością geopolityczną, więc dochodzą tutaj kwestie bezpieczeństwa energetycznego, które dla wielu rządów stały się priorytetem.
Te rządy starają się uniezależnić od importowanych surowców, więc tutaj akurat zielona energia jest dość oczywistym wyborem.
Co ciekawe, łącznie na rynkach grupy G7 generacja prądu z gazu spadła o 50 TWh, podczas gdy generacja prądu z zielonej energii wzrosła o 123 TWh.
Co doprowadziło do sytuacji, w której czysta zielona energia po raz pierwszy zaczęła dominować nad paliwami kopalnymi w tych państwach.
O Stanach Zjednoczonych mówiłem już wcześniej, ale G7 i ogólnie duże gospodarki to nie tylko Stany Zjednoczone.
Mamy też takie kraje jak Indie, Chiny, Brazylia, gdzie te kraje łącznie odpowiadają za ponad 40% globalnego zapotrzebowania na prąd, a jednocześnie utrzymują zużycie gazu na bardzo niskim poziomie.
To pokazuje, że odnawialne źródła energii nie są już tylko taką ciekawostką, nie są już tylko alternatywą, a stają się
jednym z głównych źródeł energii, takim fundamentem globalnej transformacji energetycznej.
Tylko trzeba tutaj pamiętać oczywiście, że potrzebujemy nie tylko źródeł, ale też przechowywania tej energii, czyli magazynów.
I to powinno być zawsze brane jako taki zestaw.
I nie mówię tylko o użytkownikach prywatnych, ale też właśnie o
dużych producentach energii państwa, kiedy myśli się w skali całego kraju, w skali sieci przysłowiowej, bo no wiadomo, słońce mamy w dzień, w nocy go nie ma.
Ale kiedy mamy duże magazyny, to możemy energię z dnia przechować do nocy.
Podobnie z wiatrakami.
Wiatr wieje lub nie.
Więc przechowywanie energii, którą możemy wyprodukować w czysty, zielony sposób, jest bardzo ważne.
A tak mówiąc o centrach danych, okazuje się, że jednym z hamulców lub potencjalnych hamulców rozwoju sztucznej inteligencji i usług chmurowych jest nie tylko energia, o której najczęściej mówi się w kontekście właśnie centrów danych.
Oczywiście najczęściej mówimy o ogromnym zużyciu tej energii przez centra danych.
Ale innym problemem jest zapotrzebowanie na wodę.
wodę potrzebną do chłodzenia serwerów.
I okazuje się, że właśnie to zapotrzebowanie na wodę, a raczej właśnie problem z dostępem do wody, może zagrażać dalszej ekspansji cyfrowej, jeżeli chodzi o centra danych.
Przeciętny obiekt typu centrów danych pochłania codziennie setki tysięcy litrów wody.
Największe centra danych, takie obsługujące zaawansowane modele językowe, potrafią zużyć do kilkunastu milionów litrów na dobę, co w skrócie odpowiada za potrzebowanie kilkudziesięciotysięcznego miasta.
Tradycyjne systemy chłodzenia opierały się na technologii ewoperacyjnej, czyli na takim po prostu odparowaniu wody do atmosfery w celu odprowadzenia ciepła, które zostało wygenerowane.
Problem jest taki, że mamy narastające susze, ale też presję społeczną i nowe regulacje prawne, zwłaszcza tam, gdzie mamy regiony zagrożone deficytem hydrologicznym, więc prowadza się tam nowe przepisy, które
Wymuszają oszczędzanie wody.
To wszystko spowodowało, że operatorzy centrów danych zostali zmuszeni do poszukiwania alternatywnych rozwiązań.
Jednym z pomysłów jest wdrażanie systemu wchodzenia w obiegu zamkniętym, czyli takie, które będą recylkulować tą samą wodę w szczelnych instalacjach, dzięki czemu nie będzie się marnowało tak dużo tej wody.
Użycie obiegu zamkniętego teoretycznie powinno zmniejszyć zużycie wody nawet o 70%.
Problemem jest jednak to, że w momencie kiedy przestajemy korzystać z naturalnego systemu chłodzenia, czyli właśnie tej ewaporacji parowania, to musimy inaczej schłodzić tą wodę, którą mamy w ubiegu zamkniętym.
Tutaj najczęściej wykorzystuje się agregaty chłodnicze.
To, jak można się domyślić, generuje wzrost zapotrzebowania na prąd.
A z prądem, jak już wiemy, też nie jest łatwo.
Więc mamy dodatkowe obciążenie sieci energetycznych, więcej prądu potrzebujemy, więcej trzeba go wyprodukować, więcej prądu wychodzi z elektrowni.
Elektrownie też często potrzebują chłodzenia i też często są chłodzone wodą.
Więc mamy tutaj taką pewną kwadraturę koła.
Stąd też są inne pomysły.
Myśli się o takich rzeczach jak chłodzenia bezpośrednio na procesorze za pomocą cieczy, czy też chłodzeniu imersyjnym, gdzie tak naprawdę chodzi o to, że zanurza się serwery w specjalnym, nieprzewodzącym prądu płynie syntetycznym.
I one sobie w tym płynie leżą, pracują, oddają mu ciepło.
Czyli takie można powiedzieć chłodzenie wodne, tylko nie od wewnątrz, a od zewnątrz.
Są też podejmowane próby i są takie pomysły wykorzystywania wody zrekultowanej, czyli oczyszczonej, czy wody ściekowej zamiast takiej wody pitnej do chłodzenia tego.
Myśli się też o tym, żeby nowe datacenter, nowe centra danych lokalizować w miejscach o chłodnym klimacie, tak żeby móc korzystać z naturalnego procesu chłodzenia powietrzem.
Jednak jest to taka ciekawostka, która pokazuje, że nie tylko prąd może być takim blokerem dla budowy nowych centrów danych.
ale też właśnie z powodów technologicznych woda.
Woda, jej brak albo jej dostępność lub tej dostępności brak.
A skoro mówimy o datach Centaur i AI, to ciekawostka ze świata AI.
Jak już chyba kiedyś wspominałem, uważam, że firmy sprzedające swoje modele językowe działają trochę na takiej zasadzie dillera narkotyków.
Na początek.
Darmowe próbki
Potem zaczynamy sprzedawać, uczyć klienta, że może płacić za to, co dostaje, ale na początek niedużo, żeby go to nie zabolało.
A dopiero jak już klient jest uzależniony, no to ładujemy pełną cenę i wyciskamy go jak cytrynkę.
A skąd takie nawiązanie?
A no właśnie mamy teraz do czynienia
na rynku z pewnymi zmianami.
Przez lata przyzwyczailiśmy się, że modele językowe są albo darmowe, albo bardzo tanie.
Tylko że, jak już wspominałem w poprzednich odcinkach,
W rzeczywistości firmy subsydiowały swoje koszty, czyli dokładały do biznesu.
Robili to po to, żeby zdobyć udziały w rynku, ale też, żeby przyzwyczaić użytkowników do nowej technologii.
No i co?
I to się skończyło.
Firmy technologiczne prędzej czy później musiały zacząć generować zyski.
Musiały zacząć zarabiać tak, żeby pokryć koszty infrastruktury.
I to się teraz dzieje.
Firmy technologiczne zaczynają przerzucać te swoje wydatki na klientów końcowych, co jest normalne w każdym biznesie.
Klient musi zapłacić tak, żeby firma zapłaciła swoje koszty i jeszcze zyskała.
Inaczej biznes po prostu nie działa.
Najlepszym przykładem takiego podejścia jest np. decyzja Microsoftu który całkowicie zmienił model rozliczeniowy swojego GitHub pilota.
Do tej pory było tak że mieliśmy opłatę subskrypcyjną można powiedzieć ryczałt.
I nikt się nie przejmował tym ile tokenów wykorzysta ile się wcisnęło tyle się wykorzystywało.
Ale.
Microsoft, widząc co się dzieje, wprowadził system rozliczeń oparty o realne zużycie tokenów.
Więc teoretycznie podstawowa cena subskrypcji pozostała bez zmian, tylko że teraz mamy miesięczny limit punktów w ramach subskrypcji, a po jego przekroczeniu zaczynamy płacić per token.
Jak to wygląda w praktyce?
No cóż, proste zadania, nie wiem, autouzupełnianie kodu w edytorze, tego typu rzeczy.
To się mieści spokojnie w darmowych limitach.
Tutaj nie ma problemu.
Ale kiedy zaczniemy używać zadań agentowych, kiedy na przykład, nie wiem, programista zleci alarizę całego repozytorium kodu,
albo przeprowadzenie głębokiego audytu bezpieczeństwa.
W tym momencie AI musi przetworzyć setki, tysiące, może nawet setki tysięcy tokenów w ciągu jednej sesji.
Efekt
jest taki, że mamy już użytkowników biznesowych, którzy zgłaszają, że koszty użytkowania dla jednego pracownika potrafią wynosić w tym momencie 700-750 dolarów miesięcznie, gdzie wcześniej kosztowało to 30 dolarów za jednego pracownika.
Co ciekawe, albo raczej co frustrujące dla niektórych, to to, że platformy do zarządzania sztuczną inteligencją z reguły nie mają precyzyjnych narzędzi do nakładania takich sztywnych limitów budżetowych per pracownik.
Więc można nałożyć budżet na swoje konto firmowe, ale nie na pracownika, a to oznacza, że jeden
nieogarnięty deweloper może wyczerpać cały budżet przewidziany do zespołu w ciągu powiedzmy dnia, a wyciągnie budżet miesięczny.
Bo limit jest na zespół, przepraszam na konto bardziej, a nie na pojedyncze osoby.
Jakie są rezultaty takiego podejścia?
A no, bardzo ciekawe, z mojego osobistego punktu widzenia są bardzo ciekawe, bo w tym momencie praca, czy to menadżerów, czy inżynierów, zmienia się i przenosi punkt ciężkości z takich rozwiązywania realnych problemów biznesowych na kontrolowanie zużycia tokenów.
To pokazuje, które firmy zbyt mocno uzależniły swoje procesy od algorytmów i nie wzięły pod uwagę tego, ile tokenów na to idzie i co się stanie w momencie, kiedy będą musiały płacić per token.
A to, nie oszukujmy się, to było do przewidzenia.
To nie jest coś, co ludzi zaskoczyło, więc to nie jest tak.
Są firmy, które wdrażały automatyzację tak ostro, że zwalniały całe zespoły, zastępując je systemami autonomicznymi.
I teraz nagle budzą się z ręką w nocniku, bo okazuje się, że koszty AI są wyższe niż wcześniejsze pensje pracowników.
I jednocześnie
Mamy tutaj do czynienia z AI, który świetnie się sprawdza w standardowych sytuacjach, ale jednak nadal w jakichś sytuacjach brzegowych się po prostu gubi, a pracownicy potrafili coś wymyślić.
Mamy tutaj taki moment brutalnego otrzeźwienia, ale z mojego punktu widzenia to jest też moment takiego urealnienia tego rynku,
Bo do tej pory, jak wspominałem odcinki wcześniej, to było nie do utrzymania.
To było niemożliwe z biznesowego punktu widzenia, żeby to się zamykało w sobie, żeby firmy na tym zarabiały.
Więc po prostu firmy do tego dopłacały grube pieniądze.
I musiał przyjść taki moment, że firmy będą chciały zarobić na tym, co zbudowały.
Więc takie bezkarne, bezlimitowe używanie sztucznej inteligencji.
Nigdy, dla mnie przynajmniej, nie było takim czymś, co będzie na zawsze.
To było fajne na początku, właśnie po to, żeby ludzie mogli zobaczyć, jak to działa, przyzwyczaić się, żeby im się spodobało.
Ale od zawsze trzeba było mieć w głowie to, że to się skończy.
że jednym z bardzo ważnych czynników będzie nie tylko jakość algorytmów, ale też opłacalność tych algorytmów.
To ile tokenów zużyją, to ile bezpośrednio to się będzie przekładało na to ile kosztują, to jak będą wydajne i czy będą w konsekwencji tańsze czy droższe od zwykłego białkowego czynnika ludzkiego, czyli pracownika.
Tak w temacie AI.
Podczas gdy właśnie branża technologiczna w tym momencie wydaje setki miliardów dolarów na nowe, niekoniecznie sprawdzone, ale za to kosztowne modele szczęścia inteligencji.
Apple pokazuje, że można mieć inne podejście, że powściągliwość i skupienie na użyteczności mogą być takim
podejściem do sukcesu na rynku masowym.
Niedawno mieliśmy konferencję dla deweloperów, czyli WWDC 2026, na której każdy miał nadzieję, że usłyszy coś ciekawego.
Niewiele tego było, ale
Okazuje się, że jak można było się już wcześniej domyślać, jak było wiadomo z plotek, ale też z oficjalnych informacji, Apple nie angażuje się w ogóle w wyścigu o budowę największego modelu AI.
Zamiast tego Apple przeznacza ułamek kwot wydawanych przez konkurencję na to, żeby zintegrować ze swoimi systemami operacyjnymi technologię opracowaną przez kogoś innego.
Oczywiście centralnym punktem tego ma być nowy asystent głosowy nazwany Siri AI.
No, że tak powiem, naprawdę ktoś się bardzo postarał, jeżeli chodzi o nazewnictwo.
Tutaj widać fenomenalnie czas spędzony nad tym, ile czasu to musiało im zająć, żeby wpaść na taką piękną nazwę.
Anyway, ta nowa, piękna Siri AI ma być zasilana modełem od Gemini, czyli od Googla i ma przestać być prostym narzędziem, jak teraz jest Siri, do wykonywania takich podstawowych komend, a ma zyskać świadomość kontekstu ekranowego, ma zyskać integrację z aplikacjami systemowymi.
Ma być w stanie analizować zawartość, która jest wyświetlana na urządzeniu, przeszukiwać wiadomości e-mail, zarządzać procesami, na przykład złożonymi procesami, takimi jak w aplikacjach zdjęcia, skróty, safari.
Ma być rozpoznawać rzeczy na zdjęciach.
ale też na przykład podawać tam informacje detetyczne na podstawie obrazu posiłku.
Brzmi pięknie, nie?
Brzmi pięknie, tylko kurczę, jeszcze piękniej brzmiałoby to kilka lat temu.
W tym momencie to, co pokazali na WWDC, to jest to jest śmiech na sali.
W połowie 2026 roku wprowadzają wszystko to, co Gemini już ma.
No i tutaj się nie ma co dziwić, bo opierają się na Gemini.
I chwalą się tym, jakby to była jakaś nowość.
No nie.
W tym roku, powiem szczerze,
Apple mnie nie zachwyciło swoją czerwcową konferencją.
Pod żadnym względem.
A jeszcze ciekawsze jest to, że wszystkie te piękne nowe funkcje Siri AI, przynajmniej na początku, nie wiadomo jak długo, będą niedostępne w Unii Europejskiej i w Chinach.
No i to by było na tyle.
Planując ten odcinek myślałem, że dużo więcej opowiem o nowościach z WWDC, ale po prostu nie ma o czym gadać.
I powoli zbliżamy się do końca.
Ale zanim do niego dojdziemy, jeszcze takie krótkie nawiązanie do mojej historii z MeshTasticiem MeshCore.
Mieszko napisał do mnie na platformie Mastodon, zwracając mi uwagę, że zasilanie noda solarnego, inaczej, że postawienie noda solarnego w oparciu o platformę ESP32, a na niej właśnie jest zbudowany m.in. Heltec w wersji 4, mija się z celem, ponieważ jest to mimo wszystko platforma całkiem...
nieekonomiczna, jeżeli chodzi o zużycie prądu i dużo bardziej sprawdzałoby się coś na NRF 52840.
Tak, wiem.
Wiem, że jest duża różnica w zużyciu prądu.
Problemem jest tylko to, że płytę Helteca mam na stanie.
A coś opartego o NRF musiałbym kupić
A przyznam się szczerze, że chyba na ten miesiąc wydałem trochę za dużo na głupoty, a mamy dopiero początek miesiąca.
Jeszcze nawet nie było połowy, więc muszę się tutaj trochę ograniczyć.
Więc na razie złożę sobie tego noda solarnego w oparciu o helteca.
Przed nami lato, przynajmniej kalendarzowo, więc mam nadzieję, że nie będzie źle.
No i tak, to by było na tyle na dziś.
Mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał, że tematy były ciekawe.
Jeżeli macie ochotę o czymś konkretnie posłuchać, zapraszam do kontaktu ze mną.
Wszystkie socjale czy niki na komunikatorach w opisie.
Jeżeli macie ochotę postawić mi kawę, piwo, whatever, jak najbardziej.
Na ByCoffee link też w opisie.
I zapraszam do wysłuchania kolejnego odcinka.
Do usłyszenia.