Dzień dobry, nazywam się Marcin Lis i zapraszam do wysłuchania kolejnego odcinka podcastu What the Fox Says.
W dzisiejszym odcinku dużo o energii, zwłaszcza o czystej energii oraz o social mediach.
Ale na wstępie news z dziedziny bezpieczeństwa.
Jak poinformował magazyn Forbes, Microsoft przekazał FBI klucze odblokowujące zaszyfrowane dane na dyskach twardych trzech laptopów w ramach federalnego śledztwa.
Wiele nowoczesnych komputerów z systemem Windows korzysta z szyfrowania dysków zwanego BitLocker.
Jest ono domyślnie włączone i teoretycznie taka technologia powinna uniemożliwić dostęp do danych wszystkim osobom poza właścicielem urządzenia, jeżeli komputer oczywiście jest zablokowany i wyłączony.
Jednakże, co ciekawe, domyślnie klucze odzyskiwania są przesyłane do chmury firmy Microsoft.
Pozwala to Microsoftowi
a co za tym idzie też organom ścigania, uzyskać dostęp do tych kluczy i wykorzystać te klucze do odszyfrowania dysków zaszyfrowanych za pomocą BitLockera, właśnie tak jak w tym przypadku opisanym przez magazyn Forbes.
Cała sprawa zaczęła się w zeszłym roku.
Dotyczyła ona kilku osób podejrzanych o oszustwa związane z programem pomocy dla bezrobotnych w związku z pandemią na wyspie Guam.
Jest to amerykańska wyspa na Pacyfiku.
Tamtejszy lokalny serwis informacyjny opisał tę sprawę informując, że Microsoft otrzymał nakaz dotyczący odszyfrowania dysków twardych podejrzanych.
Inny lokalny serwis informacyjny poinformował w październiku zeszłego roku, że FBI wystąpiło o nakaz 6 miesięcy po tym, jak zajęli 3 laptopy, należące do podejrzanych, które właśnie były zaszyfrowane za pomocą BitLockera.
Rzecznik Microsoftu nie odpowiedział od razu na prośbę TechCrunch, czyli innego portalu informacyjnego, który poprosił go o komentarz.
Koniec końców Microsoft poinformował Forbesa, że firma czasami udostępnia organom ścigania kluczy odzyskiwania i otrzymuje średnio 20 takich wniosków rocznie.
Głównym problemem to jest nie tylko ryzyko związane z przekazaniem kluczy odzyskiwania, czy to FBI, czy innym służbom przez firmę.
Jest też jeszcze większe potencjalne ryzyko,
Czyli co, jeżeli hakerzy naruszą infrastrukturę chmuru Microsoftu, co, nie da się ukryć, miało już kilka razy miejsce, i uzyskają dostęp do kluczy odzyskiwania?
Bo to by znaczyło, że hakerzy mogą mieć dostęp do każdego zaszyfrowanego dysku, do którego mają klucze.
Ok, nadal potrzebowaliby fizycznego dostępu do dysków twardych, aby wykorzystać te klucze, ale
Może nie jest to tak dużym problemem w przypadku, powiedzmy, takich w cudzysłowie zwykłych hakerów, ale już kiedy mówimy o szpiegostwie międzynarodowym, sponsorowanym przez kraje, czyli tak naprawdę szpiegostwie uprawianym przez służby, to już może mieć duże znaczenie.
Czy da się coś z tym zrobić?
Oczywiście.
Tak jak wspomniałem, domyślnie klucze odzyskiwania są wysyłane do chmury Microsoftu.
Ale nie to znaczy to, że tak musi być.
Można tę opcję wyłączyć, jednakże nie oszukujmy się.
Wiele osób pozostawia domyślne ustawienia, nie zastanawiając się, co powinni włączyć lub wyłączyć w opcjach.
Więc mimo wszystko jest to pewne ryzyko.
Teraz dla odmiany pozytywny news.
Naukowcy z RMIT, czyli The Royal Melbourne Institute of Technology, opracowali technologię konwersji węgla, która kiedyś może pomóc w przekształcaniu emisji przemysłowych w paliwo lotnicze, poprzez uproszczenie procesu recyklingu dwutlenku węgla.
Aktualnie istnieje już taki proces, jednak jest on bardzo skomplikowany, jest to tak naprawdę kilka różnych procesów.
Technologia, która została opracowana przez naukowców z Australii, łączy usuwanie węgla i jego konwersję w jeden proces, zmniejszając tym samym zużycie energii i złożoność tego procesu.
a ta złożoność ogranicza wiele istniejących aktualnie rozwiązań.
Technologia została zaprojektowana z myślą o rzeczywistych warunkach przemysłowych.
Profesor Tianyi Ma z Wydziału Nauk Ścisłych RMIT powiedział, że konwersja węgla była tradycyjnie traktowana jako oddzielny etap, co zwiększało koszty i spowalniało podstęp.
co też powoduje, że obecne podejścia często były nieefektywne i bardzo energochłonne.
Przez połączenie etapów konwersji udało się naukowcom uprościć ten proces i zmniejszyć zapotrzebowanie energetyczne.
Jak to działa?
Teoria wygląda bardzo prosto.
Po prostu technologia ta przekształca dwutlenek węgla z przemysłowych gazów spalinowych w podstawowe składniki chemiczne, które z kolei mogą zostać wykorzystane do produkcji paliwa lotniczego i innych produktów, które obecnie są wytwarzane głównie z zasobów kopalnych.
To znaczy, że nowy system nie produkuje bezpośrednio paliwa lotniczego, ale przekształca dwutlenek węgla w składniki, które można na nie przetworzyć.
A dlaczego paliwo lotnicze?
Dlatego, że lotnictwo jest cały czas jednym z najtrudniejszych sektorów do dekarbonizacji.
Samoloty zasilane bateriami raczej zbyt szybko nie będą obsługiwać tras długodystansowych na dużą skalę, więc trzeba tutaj szukać innych rozwiązań.
Nie da się ukryć, że paliwo lotnicze nadal będzie wykorzystywane i to przez długie lata.
System opracowany przez RMIT nie zastępuje istniejących technologii paliwowych, ale stanowi dla nich uzupełnienie.
Oferuje on zupełnie inną ścieżkę pozyskiwania materiałów potrzebnych do produkcji paliwa lotniczego, czy to o niskiej emisji, czy normalnego.
Chodzi generalnie o paliwa produkowane na bazie węgla.
a badania naukowców koncentrowały się głównie właśnie na poprawie wydajności i praktyczności takiego procesu.
Jedną z zalet, którą wymieniają naukowcy pracujący nad tym technologią jest to, że ich system działa bez konieczności stosowania wysoko oczyszczonego dwutlenku węgla, co jest ważne w rzeczywistych warunkach przemysłowych.
Badania, które zostały opublikowane w czasie piśmienia Nature Energy, przedstawiają kompletny system konwersji węgla.
Niezależni eksperci potwierdzili, że postępy zespołu przybliżyły przemysł do systemów niskoenergetycznych.
Aby zapewnić funkcjonowanie tej technologii nie tylko w laboratorium, ale też poza, zespół pracuje nad jej rozwojem.
Aktualnie zaprojektowano i ukończono prototypowy system o mocy 3 kW, aby przetestować jego działanie w warunkach przemysłowych.
Kolejnym krokiem ma być zbudowanie pilotażowego systemu o mocy 20 kW, aby można było zademonstrować, w jaki sposób ta technologia integruje się z rzeczywistymi źródłami dwutlenku węgla w przemyśle, ale też, żeby sprawdzić, czy wszystkie założenia są OK, czy rzeczywiście spełniają to, co miały robić, czy może jednak trzeba jeszcze coś poprawić.
Co ciekawe wysiłki zespołu naukowców są mocno wspierane przez przemysł.
Zespół naukowców współpracuje z wieloma firmami nad rozwojem na skalę pilotażową i nad przyszłymi ścieżkami wdrożenia tej technologii.
Właśnie po to, żeby zapewnić zgodność technologii z celami redukcji emisji i istniejącą infrastrukturą przemysłową.
Według naukowców współpraca ta jest niezbędna, aby przejść od badań do rzeczywistych efektów.
Z drugiej strony dla przemysłu jest to bardzo dobra okazja do tego, żeby zamiast produkować zanieczyszczenia, produkować coś, co może zostać wykorzystane i dalej sprzedane.
Więc po pierwsze zmniejszenie zanieczyszczeń, po drugie zysk potencjalny, po trzecie nie da się ukryć bardzo dobry PR.
Naukowcy mają bardzo ciekawą roadmapę.
W przeciągu najbliższych pięciu lat zamierzają opracować system demonstracyjny o mocy 100 kW, a w przeciągu sześciu lat chcą osiągnąć gotowość do wdrożeń na skalę komercyjną.
Według wszystkich zainteresowanych technologia ta oferuje zarówno korzyści środowiskowe, jak i finansowe i operacyjne, ponieważ technologia pokazuje, że takie innowacje jak redukcja emisji mogą iść w parze z efektywnością kosztową i lepszym wykorzystaniem energii wyprodukowanej.
Więc można tutaj wykorzystać procesy produkcyjne nie tylko do tego, żeby mieć korzyści ekonomiczne, ale też, żeby przynosić korzyści dla środowiska.
Planowany przyszły rozwój tej technologii ma koncentrować się na wykazaniu wydajności na większą skalę oraz na pokazaniu w jaki sposób system może przyczynić się do produkcji czy to paliw lotniczych, czy chemikaliów przemysłowych i innych materiałów tworzonych normalnie z węgla, a tutaj przy użyciu przetworzonego dwutlenku węgla.
I ma to być część szerszej transformacji, która ma pomóc przemysłowi zmniejszyć emisję, jednocześnie wykorzystując istniejące systemy podczas przejścia na czyste paliwa.
A teraz temat, w którym będzie sporo o polityce, sądach, pieniądzach.
ale też energetyce i technologii.
Chodzi dokładnie o batalię, która rozgrywa się w Ameryce pomiędzy administracją prezydenta Trumpa, a firmami budującymi morskie farmy wiatrowe.
Wiem, że mówiłem o tej technologii już kilkukrotnie w poprzednich odcinkach, ale gdyby ktoś nie wiedział.
Morskie farmy wiatrowe to po prostu turbiny wiatrowe, tyle że umieszczone na morzu, zwykle kilkadziesiąt kilometrów od brzegu.
W Ameryce jest to stosunkowo nowa technologia, bo jej historia tam sięga zaledwie kilku lat wstecz.
A dlaczego na morzu?
Z kilku bardzo ważnych powodów.
Przede wszystkim na morzu wiatr wieje znacznie mocniej i regularniej niż na lądzie, co oznacza, że morskie farmy wiatrowe są dużo bardziej wydajne niż lądowe i potrzebują tak naprawdę mniej turbin, czyli mniej wiatraków do osiągnięcia tej samej mocy.
W przypadku Ameryki ma to jeszcze tą zaletę, że morskie farmy wiatrowe mogą być budowane bliżej dużych miast, które leżą na wybrzeżu Ameryki.
No więc mamy mniej turbin, albo mniejsze turbiny, bliżej potencjalnych klientów, czyli dużych miast, większa wydajność.
Wydawałoby się, że pakiet idealny.
Ale jednak, jak się okazuje, nie do końca.
W połowie zeszłego roku administracja prezydenta Trumpa zaczyna mocniej przyglądać się projektowi Revolution Wind, czyli farmie wiatrowej zbudowanej pomiędzy Massachusetts a Rhode Island.
Projekt ten ma 704 MW mocy, czyli tak można powiedzieć, że mniej więcej tyle, żeby zasilić jakieś 350 tysięcy domów w prąd.
Wszystko byłoby super, ale po powrocie prezydenta Trumpa do władzy,
Rozpoczęło się oskarżanie, że morskie turbiny to oszustwo stulecia, że są one brzydkie itd.
I w sierpniu zeszłego roku administracja rządowa wydała nakaz wstrzymania prac nad Revolution Wind.
No i cóż.
Uzasadnieniem tego były twierdzenia o interferencji radarowej.
Chodzi o to, że turbiny wiatrowe mogą zaburzać radary wojskowe.
I faktycznie jest taki problem techniczny, ale nie jest to coś nowego, jest to problem znany od dawna, o którym wszyscy wiedzieli, więc dlaczego akurat taki powód?
To jest bardzo dobre pytanie.
W grudniu następuje eskalacja.
20 grudnia 2025 roku administracja wydaje rozkaz wstrzymania wszystkich prac na pięciu różnych farmach morskich na wschodnim wybrzeżu.
Uzasadnieniem jest zagrożenie bezpieczeństwa narodowego.
Jakie to zagrożenie?
Nie wiadomo.
Ministerstwo Obrony Stanów Zjednoczonych przygotowało kilka raportów, ale są one niejawne, a publiczne uzasadnienie mówiło o interferencji radarowej, teoretycznych atakach dronów podwodnych oraz szybkiej ewolucji zagrażających technologii.
Te pięć farm wiatrowych, które zostały objęte tym zakazem, to jest właśnie Revolution Wind, który ma 704 MW planowane i w momencie tego zakazu był gotowy w 87%.
następny to Empire Wind 810 MW w gotowych mniej więcej 60% Coastal Virginia Offshore Wind największy projekt ze wszystkich 2600 MW Sunrise Wind 924 MW i Vineyard Wind 800 MW
który notabene już częściowo był sprawny i produkował prąd.
Łącznie te 5 morskich farm wiatrowych miało generować prawie 8 GW mocy.
Dodatkowo, jak wspomniałem, część z nich jest już w zaawansowanej budowie, co oznacza, że projekty te pochłonęły miliardy dolarów inwestycji.
Na części są już zainstalowane platformy, większość ma konstrukcje na morzu już przynajmniej rozpoczęte.
Wszystkie te projekty przeszły też przez lata różnych procedur przygotowawczych.
Zgody, analizy środowiskowe, wszystkie takie papierkologie.
Więc mówimy tutaj o dużych pieniądzach.
A to jeszcze nie koniec.
W momencie, kiedy pracujecie nad budową jakiegoś morskiego projektu, z reguły wynajmujecie specjalistyczny sprzęt, na przykład statek.
Mamy takie statki jak na przykład Windstilla, to jest 450-metrowy gigant morski, właśnie typowy, specjalistyczny do takich zadań.
Wynajęcie takiego statku kosztuje dziesiątki milionów dolarów rocznie.
W momencie kiedy administracja wstrzymała pracę, taki statek nic nie robi, a za wynajem nadal trzeba płacić.
Dodatkowo musimy płacić pracownikom, którzy albo siedzą bez pracy, albo po prostu są wysyłani do domu, a jednocześnie projekty, które zostały rozpoczęte,
mają już konkretne, ważne umowy z zawartymi w nich konkretnymi terminami.
Za niedotrzymanie terminu płaci się kary, co w efekcie powoduje, że nawet jeżeli takie budowy zostaną wznowione, ale po długiej przerwie, mogą być bardzo, bardzo kosztowne i nieopłacalne dla firm, które je produkują.
Aktualne szacunki mówią, że każdy tydzień opóźnienia kosztuje około 25 milionów dolarów średnio na jednym projekcie.
Tydzień, co oznacza 100 milionów dolarów na miesiąc.
Winiard Wind, który miał już zawieszone prace, mówi, że codziennie traci mniej więcej 2 miliony dolarów.
2 miliony dolarów na dzień.
Więc straty finansowe przy dłuższych przerwach mogą być liczone w biliardach.
Co mogły na to zrobić firmy?
pójść do sądu.
Pierwsze wnioski zostały złożone na początku 2026 roku.
Co ciekawe, sędziowie nie bardzo przychylili się do argumentacji administracji.
Na przykład w przypadku projektu Coastal Virginia Offshore Wind sędzia wydał zarządzenie, w którym stwierdził, że pozwala firmie wznowić pracę nad tym projektem.
Mowa tutaj o tym największym projekcie, tym, który ma 2600 watogodzin.
W uzasadnieniu sędzia orzekł, że administracja nie wykazała, żeby zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego było na tyle natychmiastowe, żeby uzasadniało to jakiekolwiek wstrzymanie prac.
Co więcej, sędzia mówi wyraźnie, że zwyczajne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego byłoby ważnym argumentem na korzyść rządu.
ale dowody nie wykazują, żeby to zagrożenie było takie natychmiastowe i istniejące już teraz.
Czyli tak naprawdę można to przetłumaczyć, że obrona narodowa jest ważna, ok, ale trzeba mieć konkretne dowody i konkretne powody, a nie tylko po prostu hasło.
Dzień później, było 17 stycznia,
Inny sędzia pozwolił wznowić pracę nad Empire Wind.
Jego uzasadnienie było bardzo podobne, że administracja nie odpowiedziała na kilka kluczowych argumentów firmy, a bezpieczeństwo narodowe samo w sobie nie jest wystarczającym argumentem, jeżeli nie pokaże się konkretnego zagrożenia lub konkretnych zagrożeń.
W bardzo podobnym czasie podobne zarządzenie zostało wydane wobec Revolution Wind.
To już jest trzeci projekt, który mógł legalnie wznowić pracę i tak się stało, że w trzecim tygodniu stycznia 2026 roku trzy projekty wznowiły pracę.
Oczekuje się, że kolejne zarządzenia zostaną wydane bardzo szybko, prawdopodobnie już na dniach.
A dlaczego to jest takie ważne?
Nie tylko ze względów politycznych, ale też ze względów tak naprawdę energetycznych, ale też zwyczajnie finansowych dla ludzi.
Problem jest taki, że
Dużo miast na wschodnim wybrzeżu Ameryki boryka się z poważnymi problemami energetycznymi zimą.
Gdy na dworze jest zimno, po prostu wszyscy grzeją domy, korzystając z prądu, a jedynym źródłem prądu tam są
Elektrownie korzystające z gazu ziemnego.
Gazociągi mają określoną przepustowość, tych elektrowni też jest określona ilość, więc ilość prądu możliwego do wykorzystania też nie jest nieskończona.
Paradoksalnie zima to jest też moment, kiedy na Atlantyku wieje mocno i regularnie, co oznacza, że farmy wiatrowe pracowałyby na pełnych obrotach tak naprawdę w tych najtrudniejszych, najbardziej obciążonych miesiącach.
Oznacza to, że w tych momentach, kiedy prąd jest najbardziej potrzebny, farmy wiatrowe dostarczałyby taniej energii,
co powoduje, że dla zwykłych ludzi zimą mogliby oni płacić po prostu znacznie mniej za grzanie domów, bo nie musieliby kupować prądu z drugiego gazu, tylko mieliby prąd z tanich źródeł odnawialnych, czyli właśnie z wiatru.
Ale to nie tylko to.
Jest też coś takiego, co jest nazywane Data Center Alley.
Jest to miejsce, gdzie występuje największa koncentracja centrów danych na świecie.
Swoje instalacje mają tam Amazon, Google, Microsoft i wszystkie te centra danych pochłaniają gigantyczne ilości energii.
miejscowi dostawcy energii mówią, że bez nowych źródeł energii nie będą oni w stanie zasilić tych nowych centrów danych, które już są i które są planowane, co oznacza, że po prostu w regionie zabraknie prądu.
Jednocześnie farma wiatrowa mogłaby dostarczyć ten tak potrzebny prąd.
No więc, czy zarzuty administracji mają jakieś uzasadnienie?
No cóż, na pewno nie ekonomiczne.
Raczej też nie wojskowe, ponieważ, tak jak mówiłem, ok, turbiny wiatrowe mogą rzeczywiście powodować interferencję radarową, ale jest to, jak już wspomniałem, problem techniczny, który jest znany.
Problem ten nie jest jakoś nowo odkryty i istnieją już gotowe rozwiązania, które pozwalają na jego obejście.
Można zmieniać kąty radarów, można używać alternatywnych systemów detekcji, można też zmienić oprogramowanie istniejących radarów, więc to nie jest tak, że jest to coś, czego się nie da przeskoczyć i że jest to coś, co dopiero teraz wyszło.
Więc wygląda na to, że tak naprawdę podłoże projektu jest po prostu bardziej, powiedziałbym, ideologiczne.
Po prostu administracja prezydenta Trumpa chce promować energię skoncentrowaną, czy stworzoną z paliw kopalnych, czyli z węgla, nafty i gazu.
Nie ukrywajmy, mają to u siebie.
Ale w tym momencie morskie turbiny wiatrowe są po prostu zagrożeniem dla takiej wizji świata.
Jak już wspominałem, póki co sądy nie podzielają obaw administracji i dotychczasowe wyroki sądów pozwalały na dalszą pracę nad tymi farmami wiatrowymi, ale to nie jedyny problem, bo tutaj wchodzimy bardziej już w taką politykę.
Chodzi o to, że dla branży wiatrowej, czy ogólnie dla branży energetycznej,
Problemem jest to, że jeżeli mamy dużą inwestycję w infrastrukturę energetyczną, która mimo przejścia całego procesu przygotowawczego, otrzymania wszystkich zgód, pozwoleń, etc., może zostać zagrożona czy zatrzymana po prostu przez zmiany polityczne,
to nie jest to dobry klimat dla inwestycji.
I tutaj nie da się ukryć, że firmy biorą coś takiego pod uwagę w momencie, kiedy kalkulują ryzyko i może się okazać, że część firm po prostu zrezygnuje z brania udziału w takich projektach ze względu na zbyt wielkie ryzyko
utraty pieniędzy związanej właśnie z karami za opóźnienia, za niedotrzymanie terminów, czy też za niedokończenie umowy, albo też po prostu nie będzie chciała blokować sobie pieniędzy na tak długi okres, na inwestycje, nie wiedząc kiedy im się to zwróci i czy w ogóle.
No cóż, dla konsumentów w Ameryce, zwłaszcza tych, którzy mieszkają na wybrzeżu, niedaleko miejsc, gdzie te farmy miałyby być postawione, oznacza to na krótką metę po prostu wyższą cenę prądu, czyli wyższe rachunki za prąd, co przekłada się na wyższe rachunki zimą za ogrzewanie domów.
A dla firm, które są bezpośrednio zaangażowane w budowę tych problematycznych na chwilę obecną farm wiatrowych, oznacza to jedno.
Oznacza to potencjalne problemy z płynnością finansową na chwilę obecną i prawdopodobnie zmniejszenie ich zaangażowania w pracę w Stanach Zjednoczonych.
Po prostu, tak jak mówiłem, będzie to dla nich zbyt ryzykowne i będą woleli nie wchodzić w takie biznesy na wszelki wypadek, żeby nie ryzykować.
Mówiłem o problemach branży wiatrowej w Stanach Zjednoczonych.
Co ciekawe, w Europie mamy zupełnie inną sytuację.
Według raportu European Electricity Review w ubiegłym roku po raz pierwszy w historii energia wiatrowa i słoneczna wygenerowały w całej Unii Europejskiej więcej energii elektrycznej niż paliwa kopalne.
Według tego raportu
Energia wiatrowa i słoneczna dostarczyły 30% całkowitej wyprodukowanej energii elektrycznej w Unii Europejskiej, wyprzedzając tym samym paliwa kopalne, które stanowiły 29% produkcji.
Według autorów raportu jest to przełomowy rok pokazujący, jak szybko Unia zmierza w kierunku systemu energetycznego opartego na energii wiatrowej i słonecznej.
Cały raport zawiera przegląd całorocznej produkcji i zapotrzebowania energii elektryczną we wszystkich 27 krajach Unii w zeszłym roku i pokazuje on, w jaki sposób struktura energetyczna Unii Europejskiej odchodzi od paliw kopalnych na rzecz czystej energii.
Tutaj największy wkład jednostkowo miała energia słoneczna.
To właśnie wzrost popularności energii słonecznej przyczynił się do tego, że łącznie źródła odnawialne
wyprodukowały więcej energii elektrycznej niż źródła oparte na paliwach kopalnych.
W 2025 roku, czyli w zeszłym roku, produkcja energii słonecznej wzrosła o ponad 20% rok do roku i dostarczyła sama energia słoneczna rekordowe 13% energii elektrycznej.
Co ciekawe, pojedynczo wyprzedziła ona i węgiel, i energię wodną.
I to wzrost ten, co ciekawe, był widoczny wszędzie.
Nie tylko w krajach takich jak w Hiszpanii czy w Portugalii, czy we Włoszech, na przykład w krajach, gdzie jest dużo słońca.
Ale każdy kraj Unii Europejskiej wygenerował w zeszłym roku więcej energii słonecznej niż w roku poprzednim.
Duży wpływ na tę sytuację miała oczywiście pogoda.
Ciepłe lato, dużo słońca, więc mieliśmy wzrost energii z słońca, ale nie tylko tutaj.
Łącznie rzecz biorąc, energia odnawialna, czyli słoneczna, wiatrowa, wodna, stanowiła 48% energii elektrycznej wyprodukowanej w Unii w zeszłym roku.
Na drugim miejscu
po słonecznej była energia wiatrowa.
Tutaj to było 17%.
Energia wiatrowa też wyprodukowała więcej energii niż gaz.
I tak jak mówię, widać to w całej Unii.
W 14 krajach Unii Europejskiej energia wiatrowa i słoneczna wygenerowały w zeszłym roku więcej energii elektrycznej niż wszystkie paliwa kopalne łącznie.
Średnio dla całej Unii w ciągu ostatnich pięciu lat
Udział energii wiatrowej i słonecznej wzrósł z 20% w 2020 do 30% w 2025, a w tym samym okresie czasu udział paliw kopalnych spadł z 37%,
do 29%.
Udział energii jądrowej i wodnej mniej więcej pozostał na tym samym poziomie tutaj.
Oznacza to, że źródła kopalne, takie jak węgiel, powoli tracą na znaczeniu.
Udział węgla w produkcji energii elektrycznej w Unii spadł do historycznego minimum i wynosił poniżej 10%.
Trzeba pamiętać o tym, że 10 lat temu węgiel dostarczał prawie 25% energii elektrycznej w Europie.
Co ciekawe, 19 krajów Unii Europejskiej w tym momencie nie korzysta w ogóle z energii węglowej, ewentualnie ma z węgla poniżej 5% energii produkowanej.
Nawet w krajach takich jak Polska czy Niemcy, czyli krajach, które historycznie zawsze miały duże zużycie węgla, produkcja energii z węgla spadła do najniższych poziomów w historii.
Jak wiadomo węgiel nie jest jedynym paliwem kupalnym wykorzystywanym w energetyce, jest jeszcze gaz.
I tutaj akurat w 2025 roku produkcja energii elektrycznej z gazu wzrosła o 8%.
Można powiedzieć, że wypełniła ona lukę, która została spowodowana spadkiem produkcji energii z wody, ale mimo tego,
W długoterminowej perspektywie zużycie gazu w Unii spada i jest to, a przynajmniej powinien być, priorytet dla Unii Europejskiej, czyli ograniczenie zależności od gazu.
Dlaczego?
Dlatego, że gaz w Unii Europejskiej jest paliwem importowanym, co oznacza, że Unia jest podatna na czy to szantaż energetyczny, czy przerwy w dostawach,
czy też na niekontrolowane wzrosty ceny.
Po prostu Unia nie ma swojego gazu w takich ilościach, który by jej wystarczył.
Dlatego odejście od tego gazu na rzecz paliw lub źródeł energii, które są na miejscu i są niezależne od innych, powinno być priorytetem unijnym.
A dlaczego używamy gazu?
Dlatego, że elektrownie gazowe mają tak naprawdę najmniejszą bezwładność.
Najłatwiej jest je włączyć lub wyłączyć lub zmniejszyć lub zwiększyć produkcję w zależności od zapotrzebowania.
Głównie używa się ich po to, żeby zbilansować sieć w momencie, kiedy np. słońce przestaje świecić albo wiatr przestaje wiać, ale tutaj też widać już pewne zmiany.
W 2025 roku zostało zaobserwowane zwiększone wykorzystanie magazynów bateryjnych.
co oznacza tak naprawdę możliwość wytwarzania energii w czasie, kiedy mamy słońce, wieje wiatr, ale zużycie jej w momentach, kiedy zużycie tej energii jest największe, czyli na chwilę obecną wtedy, kiedy zużycie gazu jest największe.
I więc zwiększanie tego może ograniczyć zapotrzebowanie na gaz, a tak naprawdę docelowo całkowicie je zlikwidować.
To by było na tyle na temat energetyki.
Niedawno mówiłem o zakazie używania mediów społecznościowych dla dzieci i młodzieży wprowadzonym w Australii.
Niedawno rząd brytyjski rozpoczął konsultację w sprawie podobnego zakazu mającego obowiązywać osoby poniżej 16 roku życia.
Ma to być wprowadzone w ramach pakietu środków, które mają na celu ochronę dobrostanu młodych ludzi.
Cały ten pakiet będzie też zawierał możliwość dla angielskiego inspektoratu edukacji, który otrzyma sprawozdania zasad dotyczących korzystania z telefonu w szkołach.
Domyślnie oczekuje się, że szkoły będą wolne od telefonu.
Co ciekawe, pomysł ten ma całkiem duże poparcie w parlamencie brytyjskim.
Na chwilę obecną prowadzone są konsultacje w sprawie podjęcia dalszych środków mających na celu zapewnienie dzieciom bezpieczeństwa w internecie.
I konsultacje te mają poszukiwać opinii rodziców, młodzieży i społeczeństwa po to, żeby określić potencjalną skuteczność tego zakazu, ale też ma to pozwolić na określenie, czy takie kontrole wieku mogłyby zostać wdrożone przez firmy zajmujące się mediami społecznościowymi, bo firmy mogłyby zostać zmuszone do usunięcia lub ograniczenia funkcji
które napędzają konkursywne korzystanie z mediów społecznościowych przez dzieci i młodzież.
Więc tutaj ma to pokazać, czy jest to technologicznie możliwe.
Co ciekawe, słuchając polityków, jak już wspominałem,
Generalnie wszyscy są za.
Partia pracy to popiera.
Konserwatyści, czyli partia chwilę obecną opozycyjna, też potwierdziła, że wprowadziłaby taki zakaz mediów społecznościowych dla osób poniżej 16 roku życia, gdyby byli u władzy.
Popiera też to związek National Education Union,
a także Stowarzyszenie Liderów Szkół i Uczelni w Wielkiej Brytanii, które też jest za, a wręcz nawet uważa, że rząd zbyt powoli reaguje na ryzyka online wobec dzieci.
Co ciekawe, są też pomysły idące wręcz dalej.
Istnieje na przykład poprawka, która wzywa do wprowadzenia w klasyfikacji wiekowej coś takiego jak mamy w filmach, która miałaby informować o tym, które social media powinny być ograniczone do których grup wiekowych.
Czyli dzieci mogłyby na przykład mieć dostęp do niektórych social mediów od 12 roku życia, do niektórych od 15, do niektórych od 18 i tak dalej.
Jednocześnie, na chwilę obecną przynajmniej, nie ma twardych dowodów, że wprowadzenie takiego zakazu może pozytywnie wpłynąć na dzieci i młodzież.
Okej.
Wiadomo, że social media nie wpływają pozytywnie, tylko negatywnie, ale do tej pory nikt nie udowodnił, że wprowadzenie zakazu to zmieni, bo jak wiadomo, ludzie, zwłaszcza kiedy im na tym zależy, potrafią kombinować.
Mamy takie rozwiązania jak VPN i podobne, więc kwestia tego, jak ten zakaz miałby być wprowadzony i w jaki sposób miałby być egzekwowany.
Na chwilę obecną Australia jest takim poligonem doświadczalnym, ale nie jest ona jedyna.
26 stycznia, czyli 3 dni temu, ponagrywam to dzisiaj, 29, Zgromadzenie Narodowe we Francji przegłosowało poprawkę do ustawy zakazującej dostępu do mediów społecznościowych dla osób poniżej 15 roku życia.
Według prezydenta Macrona
Prawo ma wejść w życie od 30 września tego roku, na początek roku szkolnego, a same platformy będą miały czas do końca tego roku na dezaktywację wszystkich kont niezgodnych z ograniczeniami wiekowymi.
Francuzi nie ograniczają się tylko do tego.
Ustawa ta wprowadzi również całkowity zakaz używania smartfonów we wszystkich francuskich szkołach, czyli w szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach.
Projekt nakazuje też stworzenie listy platform szkodliwych, czyli całkowicie zakazanych, oraz listy platform mniej szkodliwych, które będą dostępne, ale wyłącznie za zgodą rodziców.
Według sondaży 73% Francuzów popiera takie rozwiązanie, czyli ograniczenia dostępu do mediów społecznościowych dla osób poniżej 15 roku życia.
Czy to jest tylko francuski pomysł w Unii?
Nie.
W zeszłym roku, w listopadzie, Parlament Europejski przegłosował rezolucję.
Rezolucję, czyli nie obowiązujące prawo, ale coś, co jest niewiążące prawnie, ale bardzo znaczące i powinno wskazywać kierunek rozwoju dla krajów.
Rezolucję, która właśnie ma w sobie wiele rekomendacji dotyczących ochrony nieletnich w internecie.
Między innymi jedną z tych rekomendacji jest wiek minimum 16 lat dla dostępu do mediów społecznościowych, platform wideo oraz AI.
Według tej rekomendacji dzieci w wieku między 13 a 15 roku życia mogłyby mieć warunkowo dostęp do takich rzeczy, ale wyraźnie za zgodą rodziców
a dzieci poniżej 13 roku życia miałyby całkowity zakaz korzystania z takich usług.
Ma to ochronić dzieci i młodzież przed zgubnym wpływem mediów społecznościowych.
Dodatkowo rekomenduje się też zakaz
używania przez platformy funkcji uzależniających, takie jak autoplay, algorytmy oparte na zaangażowaniu widza, czy też pozwalanie na takie niekończące się scrollowanie, czyli generowanie się feedu na żywo.
Ale też ma to być ochrona przed eksploatacją komercyjną, czyli przed przeciskaniem reklam i też przed influencerami.
Jak już mówiłem, rezolucja to nie jest prawo, to nie jest wiążące dla państw członkowskich, więc każdy kraj może wprowadzić swoje zasady, może wprowadzić inne granice wiekowe, jednakże rezolucja jest czymś, co stanowi silny sygnał dla krajów, co powinny zrobić i w jakim kierunku powinny iść.
W poprzednim odcinku mówiłem dużo o sieci społecznościowej BlueSky, ale nie jest to jedyna sieć społecznościowa.
Generalnie sieci społecznościowe szybko się rozwijają i tutaj na czele tej zmiany są zdecentralizowane protokoły, które zamiast polegać na pojedynczych platformach, takich jak Twitter czy Facebook, to zdecentralizowane protokoły pozwalają użytkownikom łączyć się w różnych aplikacjach
czyli korzystać z różnych aplikacji do połączenia z tą samą siecią, ale też trzymać kontrolę nad swoją tożsamością, zmniejszyć zależność od korporacji, zwiększać kontrolę nad swoimi danymi.
I głównymi trzema najbardziej wyrażniającymi się takimi protokołami to jest ActivityPub, czyli Fediverse, ATProto, czyli BlueSky, o którym wspominałem ostatnim razem, oraz Nostr.
Niektóre z tych platform stały się bardziej popularne, inne mniej, ale może abstrahując od tego, przejdźmy bardziej do tego, jakie są ich podejścia do decentralizacji i jakie to daje mocne, ale też jakie to ma słabe strony.
Fediverse to jest zbiór zdecentralizowanych sieci społecznościowych, które łączy to, że używają protokołu ActivityPub.
Jest to protokół opracowany przez W3C, czyli World Wide Web Consortium.
Jest on zalecanym standardem i został zaprojektowany tak, aby umożliwić współpracę różnych platform społecznościowych, co oznacza, że użytkownicy na jednej platformie
mogą czy to śledzić, czy wchodzić w interakcje z użytkownikami z innej platformy.
ActivityPub zyskał bardzo na popularności w momencie, kiedy Twitter został przejęty przez Elona Muska i wtedy jedną z najbardziej znanych aplikacji stał się Mastodon.
Ale nie tylko Mastodon korzysta z Fediverse.
Mamy tutaj też Peertube, czyli zdecentralizowaną alternatywę dla YouTube'a.
Mamy Pixelfit, czyli można powiedzieć taki odpowiednik Instagrama.
Mamy Miski, to jest taka platforma do mikroblogingu.
Więc jest tutaj dużo, dużo możliwości.
Mamy też alternatywę dla Reddita i tak dalej, więc nie jest to tak, że ActivityPub jako protokół ogranicza w jakikolwiek sposób Fediverse.
A jak to działa?
Protokół pozwala na federację.
Federację, czyli tak naprawdę różne serwery mogą się ze sobą komunikować.
Z punktu widzenia użytkownika wystarczy, że mam konto na jednym serwerze, jak którymkolwiek, ale mogę śledzić, wchodzić w interakcje, komentować, przeglądać użytkowników na różnych serwerach.
Czyli nie jestem ograniczony tylko do swojego serwera.
Ba, często jest tak, że nie jestem ograniczony tylko do swojej aplikacji.
Mogę na przykład mieć konto na serwerze Mastodono, czyli można powiedzieć odpowiedniku dawnego Twittera, obecnego X-a, a za jej pomocą dokonywać interakcji z użytkownikami na przykład Pixelfit, czyli odpowiednika Instagrama, czy PeerTube, czy jakichkolwiek innych aplikacji korzystających z ActivityPub.
Każdy serwer jest obsługiwany niezależnie, czyli każdy ma swoich własnych administratorów.
Ci administratorzy mają kontrolę nad zasadami, mogą być moderatorami albo ustanawiać moderatorów na tym serwerze.
Każdy ma, może mieć swój zestaw zasad.
Jeżeli instancja, czyli dany serwer zostanie zamknięta albo nie wiem, użytkownik zostanie zbanowany,
to oznacza to wtedy, że użytkownik traci swoje konto i musi utworzyć sobie nowe konto na innym serwerze.
Jeżeli chodzi o BlueSky, no to mówiłem o tym ostatnio, ale tak w wielkim skrócie, jest to alternatywa dla zcentralizowanych mediów społecznościowych, która na chwilę obecną
ma jedynego i oficjalnego klienta, czyli BlueSky, i mimo że self-hosting jest technicznie możliwy, to cały ekosystem obraca się wokół BlueSky Social, co sprawia, że decentralizacja jest bardzo ograniczona.
I naprawdę, jeżeli ktoś nie słuchał poprzedniego odcinka, to zapraszam.
A w skrócie, protokół 80Proto działa na zasadzie takiej, że BlueSky używa identyfikatorów dla kont zwanych DID, ale konta są nadal zarządzane centralnie.
Teoretycznie protokół pozwala użytkownikom przełączać się między różnymi usługami, ale klucze użytkownika są kontrolowane przez administratora głównego serwera, czyli BlueSky.
I w praktyce BlueSky jest wysoko zcentralizowany, ponieważ zdecydowana większość użytkowników polega na głównym serwerze, który jednocześnie może blokować inne samodzielne hostowane serwery.
I tutaj właśnie wchodzą te ograniczenia co do self-hostingu.
Serwery są ograniczone co do ilości użytkowników, a BlueSky może się z nimi federować, ale nie musi.
Kolejnym protokołem zetentralizowanym jest Nostr.
Nostr tak naprawdę zaczął się bardzo mocno rozwijać w 2023 roku, po tym jak otrzymał rekomendacje od zwolenników Bitcoina, ale też od ludzi takich jak Jack Dorsey czy Edward Snowden.
Nostr jest typowym protokołem, więc nie jest związany z żadną aplikacją.
Do jego obsługi jest wiele aplikacji klientów takich jak Damus, czyli klient na iOS, Amethyst na Androida, wiele takich multiplatformowych klientów typu Snort, NOS, Primal, Iris.
Część z nich może działać po prostu webowo, część jako aplikacje.
Jak działa Nostr?
Nostr jest oparty na relayach, czyli przekaźnikach.
Jest to ciekawostka, bo Nostr nie opiera się na serwerach.
Użytkownicy publikują wiadomość do przekaźnika lub wielu przekaźników, a przekaźniki są po prostu nadawcami tych danych.
Tak jak mówiłem, nie opiera się on na serwerach, czyli nie mamy tutaj jakiejś jednej z centralizowanej tożsamości użytkownika.
W Nostr użytkownik tak naprawdę ma parę kluczy kryptograficznych, czyli klucz prywatny i klucz publiczny.
I to jest wszystko, co jest mu potrzebne do interakcji z protokołem.
Nie ma tutaj żadnego konta użytkownika, nazw użytkowników,
które są powiązane z jakimiś konkretnymi serwerami.
Nostr jako protokół jest całkowicie odporny na cenzurę.
Wynika to właśnie z tego, że tożsamości oparte są na kluczach, czyli żaden organ, żaden centralny organ nie może zablokować konta, czy go usunąć.
I ma to oczywiście swoje plusy i minusy.
Jednym z takich jest kwestia moderacji.
Moderacja może odbywać się albo na poziomie klienta, czyli samemu możemy blokować konta, których nie chcemy widzieć, albo na poziomie przekaźnika.
Tylko, że jak już wspominałem, przekaźniki po prostu przekazują dane.
Nawet jeżeli jeden przekaźnik zablokuje użytkownika, to nadal może on korzystać z innych przekaźników.
Co to oznacza dla użytkownika?
W każdej aplikacji Nostr można dodać sobie przekaźniki, jakie chcemy używać.
Więc jeżeli jakiś przekaźnik, na przykład przykładowo, blokowałby wszystkie wpisy ze słowem niebieski, możemy po prostu usunąć go z listy przekaźników, które chcemy używać, jeżeli chcemy mieć wiadomości o słowie niebieskim i wybrać sobie inne przekaźniki i nadal to widzieć.
Stąd właśnie jest ta odporność na cenzurę.
Nie ma tutaj fizycznej możliwości by coś zablokować na poziomie całej sieci.
Można to zablokować na jednym przekaźniku, ale każdy użytkownik może sobie wybrać przekaźniki z których chce korzystać.
Jeżeli chodzi o taką prawdziwą decentralizację, to Nostr na chwilę obecną jest najlepszym protokołem ze wszystkich.
Dlaczego?
Właśnie to co mówię, zdecentralizowana tożsamość, czyli konto powiązane z kluczem kryptograficznym, nie z serwerem.
Tak jak wspomniałem, nie ma możliwości zablokowania jakichś wiadomości na poziomie sieci, nie ma też możliwości zbanowania konta.
Po prostu nie ma.
Dodatkowo swoboda dla użytkownika.
Każdy użytkownik może wybrać sobie przekaźniki, które chce używać, których nie chce używać, więc każdy użytkownik może zdefiniować sobie na przykład, co chce widzieć, a co nie.
Jeżeli chce, mogę wybrać sobie przekaźniki, które oficjalnie mówią, że na przykład banują jakieś określone słowa, zwroty
I tak dalej.
Jeżeli nie, mogę korzystać z innych.
Czy polecam Nostr?
I tak, i nie.
Nostr jest wciąż nowym rozwiązaniem.
Wciąż rozwijającym się.
Oznacza to, że nie ma aż tylu świetnie dopracowanych aplikacji w porównaniu np. do ActivityPath.
ale jest to można powiedzieć bolączka wieku dziecięcego i każdy z systemów kiedyś to przechodził.
Po drugie, kwestia używania nostr.
Przez to, że nie ma centralnych serwerów, nie ma centralnej moderacji,
Zupełnie inaczej buduje się feed.
W nostr na przykład nie da się ustawić sobie tagów, które chcę followować.
Nie mogę sobie ustawić feeda, żeby mi wyświetlał wiadomości po tagu.
W nostr to tak nie działa.
Mogę owszem szukać wiadomości z określonym słowem czy tagiem, ale mój feed będzie wyświetlał mi wiadomości tylko od osób, które mam dodane do obserwowanych.
Czy to wada czy zaleta?
To dużo zależy od użytkownika.
Jeżeli ktoś chce mieć leniwe podejście, na zasadzie wrzucę sobie pięć tagów, które lubię i feed mi się wygeneruje,
no to Nostr nie jest idealnym rozwiązaniem dla niego, aczkolwiek to też się da obejść, bo są aplikacje klienckie do Nostr, które używają własnych proxy przekaźników, czyli właśnie takich proxy, które zbierają wpisy z różnych przekaźników
i pozwalają na ich filtrowanie po tagu.
Tylko, że tutaj jesteśmy uzależnieni do tego, co na danym proxy będzie, czyli co ktoś administrujący tym proxy ustawił, co chce zbierać z jakich przekaźników, z jakiej części sieci.
Dla kogoś, kto chce mieć pełną kontrolę nad swoim feedem, Nostr jest idealnym rozwiązaniem.
Więc tutaj każdy z użytkowników musi po prostu samemu ocenić, czy jest to sieć dla niego, czy nie.
Czy bardziej ceni sobie wygodę, czy niezależność.
Czy bardziej ceni to, że nie musi nic robić i ma gotowego feeda, jak w BlueSky'u, czy raczej to, że ma pełną kontrolę nad tym, co widzi.
A tak naprawdę, co polecam?
Polecam po prostu samemu spróbować.
Zobaczyć, jak to działa.
Zawsze można z tego zrezygnować.
No i to by było chyba na tyle na dziś.
Dziękuję za wysłuchanie.
Dzisiaj wyszedł dość długi odcinek.
I zapraszam do kolejnego odcinka.
Powinien być za tydzień.
Do usłyszenia.